Nic tak jednak nie pomaga w nabraniu dystansu jak poranna godzina, ciemność za oknem, wszędobylska cisza i poczucie, że ma się co najmniej 2 godziny spokoju. Szczególnie się to docenia mając prawie 2-letnie, dość żywiołowe dziecko. :) Koniec roku jest doskonałym momentem na podsumowania, a jeszcze lepszym na podejmowanie postanowień. Lata lecą, życie się zmienia, oczekiwania się zmieniają. Warto na chwilę usiąść, przemyśleć swoje życie (jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało) – odciąć balasty, złapać nowy wiatr w żagle, zastanowić się nad tym co chcę zrobić, co muszę, a co powinnam.

Zawsze byłam hiper-aktywna -w szkole, na studiach. Zawdzięczam to moim rodzicom, którzy od najmłodszych lat zapisywali mnie na dodatkowe zajęcia, żebym przypadkiem nie miała „głupot w głowie”. Jako mała dziewczyna zarabiałam też swoje pierwsze pieniądze przepisując teksty najpierw na maszynie, a później na komputerze.  W podstawówce działałam w MLM sprzedając kosmetyki, a w przerwach wakacyjnych w szkole średniej wyjeżdżałam za granicę jako opiekunka do dzieci, czy też pomoc kuchenna/sprzątająca w restauracji. Głupot w głowie myślę, że nie miałam, ale za to został wyrobiony nawyk samodyscypliny, dobrej organizacji czasu i poczucia, że cały czas coś trzeba robić, aby nie stać w miejscu, bo przecież „kto się nie rozwija ten się zwija”.  Odkryłam też dość wcześnie cudowną zasadę rozmnażania się czasu przy natłoku zajęć i wykorzystywałam każdą wolną chwilę na drobne przyjemności jako odskocznię od obowiązków.

Stanie w miejscu choć przez chwilę, nadmierna ilość wolnego czasu wywoływały we mnie wielki niepokój i poczucie winy. Za dużo czasu? Za mało zajęć? Oj, coś jest nie tak! Aby pod koniec dnia móc pójść do kina, czy zaserwować sobie jakąś inną przyjemność potrzebowałam mieć „czyste sumienie”, że na to zasłużyłam. Najlepiej uwidaczniał to mój dzień w kalendarzu z odznaczonymi chorągiewką zadaniami. Wykonane? Idę z przyjemnością! Nie wszystko wykonane? Albo nie idę nigdzie, albo idę i mam to okropne poczucie winy źle zagospodarowanego dnia.

W trakcie studiów byłam przewodniczącą organizacji studenckiej, w każde wakacje odbywałam praktyki w międzynarodowych firmach, brałam udział w różnych konkursach, wyjeżdżałam na stypendia zagraniczne i w końcu tam też dostałam swoją pierwszą wymarzoną pracę w zagranicznej „korpo” (a jakżeby inaczej!). Pojawiły się też bardziej szalone osiągnięcia w postaci udziału w międzynarodowej reklamie, napisaniu kilkudziesięciu artykułów, pojawieniu się na okładkach kilku lokalnych czasopism, nagraniu płyty z zespołem,  czy też stworzeniu i sprzedaniu ciekawego start-up’u. Ach, co to były czasy! :) Żyłam na maxa, intensywnie z poczuciem nieograniczonych pokładów energii i zdrowia.

W międzyczasie poznałam człowieka, którego pokochałam całym sercem i który obecnie jest moim mężem. Zostawiłam dla niego pracę w korpo, wróciłam do Polski, przeszłam na swoje i osiągnęłam zadowalający status materialny. Ciężko i dużo pracowałam, ale miałam też mnóstwo szczęścia i życzliwych ludzi, których co rusz spotykałam na swojej drodze. Miałam cudowne doświadczenie magii siły przyciągania na własnym przykładzie. Wszystko się układało jak chciałam, a nawet lepiej. Co tylko sobie wymarzyłam, o czymkolwiek pomyślałam – spełniało się.

Kiedy zaszłam w ciążę, pojawiły się pierwsze myśli związane ze zwolnieniem tempa. Wówczas nie zdawałam sobie sprawy z tego z czym wiąże się macierzyństwo, jak ogromna odpowiedzialność spoczywa na rodzicach, aby wychować dziecko na dobrego i odpowiedzialnego człowieka. Naiwnie myślałam, że nauczona od małego doskonałej organizacji czasu zarówno świetnie sobie dam radę z wychowywaniem córeczki nie zwalniając przy tym tempa swoich ówczesnych działań. Jakże się myliłam. Po urodzeniu dziecka dawałam popis walki swojego ego, które nawoływało „Bierz na klatę co leci. Dasz wszystkiemu radę!”  z rozsądkiem i intuicją, które z kolei podpowiadały „Wrzuć w końcu na luz, bo padniesz!

Przez znakomitą większość czasu szarpałam się z ego-spiralą, która mnie coraz bardziej wciągała w bezsens swojego epicentrum. Owszem, dawałam radę, angażowałam się w nowe przedsięwzięcia jednocześnie dbając o rodzinę, ale odbywało się to coraz bardziej kosztem mnie samej. Brak czasu dla siebie, na drobne przyjemności, na hobby, na dbanie o swoje zdrowie. To wszystko powoli zaczęło odbijać się na ogólnym samopoczuciu. Choć na polu zawodowym pojawiały się większe, czy mniejsze sukcesy – już mnie one nie cieszyły jak kiedyś. Miałam poczucie, że za ten sukces stanowczo za dużo płacę. Zaczęły też się pojawiać porażki, które traktowałam jako wyzwania i jeszcze bardziej chciałam sobie (innym?) udowodnić, że „co Cię nie zabije to Cię wzmocni!„, że „Matka potrafi, a co!„. Traciłam siły witalne, a w organizmie pojawił się strajk przy produkcji endorfin… .

Moja praca jest głównie związana z komputerem i jest podzielona na 2 części. Część zarobkowa – jest związana z marketingiem, gdzie dzięki doświadczeniu tak zoptymalizowałam swoje działania, że przy niewielkich nakładach czasu mogę osiągnąć bardzo dobre efekty. To daje mi na niezależność finansową, ale coraz bardziej spadającą satysfakcję, gdyż marketing sam w sobie nie jest zbyt użytecznym społecznie zajęciem, a ja z wiekiem coraz bardziej doszukuję się głębszego sensu w tym co robię. Jest też druga część o nazwie „misja społeczna”, która tak naprawdę najbardziej porywa moje serce i na którą nie szczędzę pieniędzy i  czasu. Moim marzeniem zawsze było stworzyć takie przedsięwzięcie, które zarówno rozwiązywałoby jakiś piekący problem społeczny jak również pozwalało choćby na pokrycie jego kosztów. Jak do tej pory mi się to nie udało. Dwa razy już próbowałam, trzeci jest w trakcie, ale chyba także śladami poprzedników pójdzie w odstawkę.

Jakiś czas temu stworzyłam portal społecznościowy, który ma na celu umożliwianie poznawania ludzi o podobnych zainteresowaniach i umawiania się z nimi na różne aktywności. Nawoływałam do życia w realu, spędzania czasu z dala od ekranów, poznawania nowych ludzi i rozwijania pasji. Oczami wyobraźni już widziałam jak serwis podbija serca internautów i rewolucjonizuje sposób w jaki poznajemy nowe osoby, w jaki korzystamy z serwisów społecznościowych. Rozentuzjazmowana pierwszymi sukcesami zaczęłam poszukiwać inwestora. Zdobywając zainteresowanie 2 potencjalnych partnerów, wieczór przed wyjazdem na spotkanie – zrezygnowałam. I wówczas jakby mnie olśniło. Uzmysłowiłam sobie 2 zasadnicze rzeczy. Po pierwsze, jeżeli nawet ktoś by zainwestował w to przedsięwzięcie to czeka mnie ogrom dodatkowej pracy, na którą nie byłam gotowa ze względu na czas jaki chciałam też mieć dla Rodziny. Po drugie, zdałam sobie sprawę, że promując życie w realu, sama coraz bardziej znikałam w komputerze pracując nad tym projektem (o, hipokryzjo!) Coraz więcej znaków na ziemi i niebie wymownie mi mówiło, że nie tędy droga.

Dziś patrząc na to wszystko z dystansu świeżo upieczonej 30 -latki z całym bagażem przeróżnych doświadczeń, zdałam sobie sprawę, że życie się składa z etapów, które przemijają i którym trzeba pozwolić się skończyć. Czasami może być bardzo trudno, bo przecież spędzamy w tych etapach kawał życia, a przyzwyczajenie to druga natura człowieka. Jednak tkwienie w tym samym etapie życia i przeciąganie go w czasie, choć intuicja mówi inaczej, może doprowadzić do rosnącego przygnębienia i poczucia braku sensu życia. Dopiero teraz zrozumiałam sens słów Desideraty Maxa Ehrmann’a: „Przyjmij spokojnie co ci lata doradzają (…)”. Aby to zrobić należy wsłuchać się w siebie, w swoje pragnienia, ustanowić na nowo priorytety – obrać dystans i przede wszystkim podjąć decyzję. Nie patrzeć się na innych, bo każdy ma swoje życie i jest za nie odpowiedzialny, każdemu lata mogą inaczej doradzać.

Miałam intensywne i różnorodne życie zawodowe, które naturalnie schodzi na dalszy plan. Każdy w życiu musi swoje przepracować, ale im wcześniej się zacznie tym wcześniej będzie można zwolnić tempo bez poczucia, że coś nam umyka, zachowując ten najlepszy czas na pełny rozwój siebie, swoich pasji i troskę o swoich najbliższych. Oczywiście każdy ma różny stopień satysfakcji związany z osiągnięciami finansowymi, czy zawodowymi i może na różnym etapie swojego życia powiedzieć: SLOW!

Ja dziś zamykam spory rozdział swojego dotychczasowego życia i otwieram nowy, niezwykle ekscytujący o tytule „Życie rodzinne.” Aby jak najlepiej zadbać o córeczkę i męża, zapewnić codziennie zdrowe posiłki, ciepło ogniska domowego, pamiętać również o swoim zdrowiu i urodzie –  potrzebuję się zaangażować na 100%. Ten tekst jest więc inaugurującym wpisem mojego nowego rozdziału życia, którym od czasu do czasu będę się tutaj dzielić. :)