Ten post otwiera moje pierwsze kroki z blogowaniem. Inspiracją do jego napisania był okres ciąży oraz poród, które były dla mnie wspaniałymi doświadczeniami. Jako „pierworódka” zapewne nie wiem jeszcze wszystkiego, ale postanowiłam opisać swoje przemyślenia, aby ukazać, że poród może być cudownym przeżyciem. Oczywiście istnieje wiele zmiennych (np. genetycznych) warunkujących przebieg ciąży i porodu, ale jestem zdania, że wiele też można zrobić samemu dzięki odpowiedniemu przygotowaniu psychicznemu i fizycznemu. Życzę wytrwałości w tych przygotowaniach, dobrego nastawienia i niezapomnianych chwil podczas porodu, a tymczasem zapraszam do lektury!

Jestem w ciąży

Kiedy się dowiedziałam, że jestem w ciąży mój świat rozpromieniał. Rozpromieniał z wielu względów. Po długich staraniach wreszcie się udało! Po kilka razy z niedowierzaniem spoglądałam na test ciążowy i wpatrywałam się w różową, bladą kreseczkę wskazującą na to, że wkrótce zmieni nam się życie. Zaczęłam wizualizować siebie jako matkę, wyobrażałam sobie to małe dziecko – część wspólną i najlepszy owoc naszej miłości z mężem. Te myśli były jak  ciepła fala w sercu, która raz po raz dawała się we znaki ilekroć pomyślałam o tej przecież wcale niedalekiej przyszłości.

Wiadomość, że będę mamą napełniła mnie również optymizmem w związku z nowym miejscem zamieszkania, do którego wcześniej absolutnie nie byłam przekonana. Wyprowadziłam się z wielką niechęcią za namową męża, który obiecywał, że „na pewno tutaj będziemy szczęśliwsi”.  „No to spróbujmy …” – pomyślałam bez przekonania i z pewną dozą rezygnacji widząc siebie ostatecznie jako nieszczęśliwą kobietę, która zostawiła w poprzednim mieście swoje centrum życiowe, przyjaciół, znajome miejsca, wspomnienia i perspektywy. To tak, jakby przestawić kwiat lubiący słońce w zacienione miejsce… .

Patrząc z dystansu, była to najlepsza decyzja w naszym życiu! Tutaj bowiem niecałe kilka dni po osiedleniu się i wyhamowaniu pędu poczęło się nasze długo wyczekiwane dziecko. Właśnie to miejsce idealnie nadawało się dla nas do przeżycia tych niezapomnianych 9 miesięcy – czyste podkarpackie powietrze, niekończące się ścieżki spacerowe wzdłuż rzeki, bujna roślinność, a do tego ciepłe, słoneczne dni przez większość czasu. Mięliśmy szczęście, że akurat ten rok obfitował w tak piękne pogodne dni! Kierowcy też jakoś wolniej tutaj jeździli, ekspedientki w sklepach z uśmiechem i życzliwością witały i żegnały klientów (i poznawały ich po twarzach!), a dookoła zadbane ulice i chodniki oraz wysepki z regularnie  koszoną trawą oraz sezonowymi kwiatami. Czyż można chcieć więcej? Moje oko wrażliwe na estetykę było w siódmym niebie, a wraz z informacją, że jestem w ciąży – siódme niebo podniosło się do kwadratu.

Później było już tylko lepiej. Okazało się, że moja serdeczna koleżanka, z którą mieszkałam podczas studiów również wróciła na Podkarpacie  a los chciał, że jej nowe miejsce zamieszkania było oddalone o jakieś 100 m od mojego! Ponadto kilka miesięcy wcześniej urodziła ślicznego chłopczyka, a ja korzystałam z jej cennych wskazówek.

Boję się

Początkową euforię i miłe zaskoczenie zastąpiły wkrótce obawy. Czy ta ciąża zostanie donoszona (niestety nie miałam szczęścia za pierwszym razem)? Jakie dolegliwości mi będą towarzyszyć – będę się męczyć 9 miesięcy, czy jakoś je zniosę? Czy będę się podobać mojemu mężowi z rosnącymi rozmiarami? Czy w ogóle nadaję się na matkę? Co zrobić, żeby dziecko było zdrowe? A co się stanie, jak nie będzie? No i jak ja przeżyję poród? Przecież poród to taka wielka niewiadoma. Tyle różnych historii krąży wokół tego tematu, tyle strachu i pośpiechu ukazują nam filmy zagraniczne, a do tego w mojej rodzinie porody do łatwych nie należały. I jak tu mieć pozytywne nastawienie?

W miarę zadawania sobie coraz to nowych bardziej lub mniej sensownych pytań, zaczęły się pojawiać pierwsze odpowiedzi. Na co nie miałam wpływu – zawierzyłam Opatrzności. Niejednokrotnie w życiu się już przekonałam, że Bóg sam najlepiej wie co jest dla mnie najlepsze. Puściłam więc statek ze sprawami, na które nie mam wpływu w pełne morze, rozwinęłam żagle i zawierzyłam, że wiatr boży sam będzie wiedział w którym kierunku to wszystko prowadzić. Były jednak obszary, w które mogłam ingerować i w pewien sposób nakierować na właściwe tory.

Kiedy pierwszy raz na USG zobaczyłam zgrabną „fasolkę” z malutkim bijącym serduszkiem, większość obaw zniknęła, a ich miejsce wypełniła determinacja do ochrony za wszelką cenę życia, które się we mnie rozwijało. Postanowiłam zapewnić maleństwu jak najlepsze warunki podczas ciąży, skupiając się na swoim dobrym samopoczuciu fizycznym i psychicznym. Postanowiłam również przygotować się do porodu w taki sposób, aby dziecko jak najmniej się męczyło i abym ja miała jak najwięcej sił na jego opiekę po rozwiązaniu. W końcu dla malucha poród to również wielce stresujące wydarzenie. W krótkim czasie z ciasnego brzuszka, w którym panowała ciemność, nie dochodziły wyraźne dźwięki, gdzie inaczej się oddychało i odżywiało nagle trzeba wykonać mnóstwo czynności, aby dostosować się do nowych warunków. Dobre przygotowanie do porodu zarówno dostarczało korzyści dla dziecka jak i dla mnie i cieszę się, że zdałam sobie z tego sprawę na tyle wcześnie.

Pokochałam moją córeczkę od pierwszych chwil kiedy ją zobaczyłam podczas badań i z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnych wizyt u lekarza, żeby ją ponownie zobaczyć. Od początku ciąży podświadomie przeczuwałam, że będzie do właśnie dziewczynka, a prowadzący mnie lekarz potwierdził mi, że matki mają bardzo wyczuloną intuicję i praktycznie bezbłędnie zgadują płeć dziecka jeszcze długo przed tym, zanim będzie ona możliwa do stwierdzenia za pomocą sprzętu medycznego. Każda wizyta u mojego lekarza dostarczała mi informacji, że dziecko się dobrze rozwija, co napełniało mnie wielką radością, zwiększało spokój wewnętrzny i jeszcze dalej odsuwało początkowe obawy, na których coraz mniej się skupiałam.

Pierwsze objawy

Jako zupełny laik w sprawach ciążowych, zaczytywałam się w fachowej literaturze próbując u siebie rozpoznać objawy, o których pisali specjaliści. Nudności, wymioty, bóle głowy itp. – na szczęście mnie to ominęło! Jednakże z racji tego, że w pierwszych 2 tygodniach brałam progesteron (ze względu na wcześniejsze poronienie) – byłam totalnie osłabiona, apatyczna, leżałam w łóżku, a mój świat zdawał się być czarno-biały. Okropne uczucie – zakrawające wręcz na depresję! Tabletki odłożyłam szybciej niż mi zalecano, gdyż stwierdziliśmy z mężem, że maleństwo będzie się lepiej rozwijać, jak mama będzie szczęśliwa. Była to bardzo dobra decyzja. W takim szczęściu pozostałam przez cały okres ciąży.

Z dolegliwości, które mi towarzyszyły w tym czasie mogę wymienić czterodniową, konkretnie dającą popalić kamicę nerkową, która pojawiła się w okolicach 6 miesiąca z mojej własnej winy. Od zawsze mało piłam. Dzięki temu dziś piję już jedną butelkę wody dziennie (na zaś!), ponieważ nie chcę nigdy więcej już doświadczyć tej wielce nieprzyjemnej dolegliwości.

Nie miałam konkretnych i nagłych zachcianek, nie goniłam męża o północy do sklepu po słoik ogórków. Jedynie co jadłam ze zwiększoną częstotliwością to płatki kukurydziane z zimnym mlekiem. Jadłam je z wielką przyjemnością prawie codziennie o stałej porze – 20:00. Często wówczas z mężem oglądaliśmy jakiś ciekawy film, co zwiększało dodatkowo walory smakowe tejże nieskomplikowanej potrawy.

Do 6-go miesiąca nie było mi widać brzucha, co z początku mnie martwiło. Znajomi, którzy mnie widzieli zadawali pytania typu: „Co zjadłaś?”, bo mój brzuch mniej więcej tak właśnie wyglądał. Na szczęście comiesięczne badania lekarskie nie wykazywały żadnych nieprawidłowości – ot, takie geny. Przez całą ciążę przytyłam w sumie 14 kg. Z rozmiaru S zrobiła się M , a z 36 – 38, wszystko raczej proporcjonalnie się rozłożyło. Konkretny brzuszek się pokazał dopiero w ósmym miesiącu i szybko rósł do dziewiątego.

Chcę być piękna i zdrowa

Postanowiłam, że przez całą ciążę będę o siebie dbać 2 razy bardziej. Korzystałam ze słońca ile się dało, opalałam się, nabierałam ładnych kolorów, odwiedzałam regularnie kosmetyczkę i fryzjera, a do tego w pierwszych miesiącach jeździłam na rowerze i pływałam. Później przyszedł czas na krótką gimnastykę i spacery. Miałam szczęście, że mieszkałam zaraz koło bulwarów nad Wisłokiem, a dokładnie nad zalewem, także chwila moment i byłam na łonie uspakajającej natury, wdychając pełną piersią świeże powietrze i wsłuchując się w dźwięki przyrody.

Gdy powiększałam się tak z miesiąca na miesiąc trudno mi było wyszukać już coś gustownego w mojej garderobie. Wstukałam więc któregoś dnia do Google: „Odzież dla kobiet w ciąży” i trafiłam na sklep internetowy www.happymum.pl, gdzie zaopatrywałam się co jakiś czas w nowe, wygodne i do tego modne ubrania. Dzięki tym wszystkim zabiegom codziennie czułam się kobieco i elegancko. Te specjalistyczne ubrania służyły mi do ostatnich miesięcy ciąży, a nawet teraz chętnie je zakładam.
W celu utrzymania skóry brzuszka w dobrej kondycji stosowałam różne kosmetyki m.in.  (1) kosmetyki dla kobiet w ciąży TOŁPA (szczególnie polecam!) (2) serię dla kobiet w ciąży PHARMACERIS  oraz (3) kosmetyki MUSTELA.

Od pierwszych miesięcy ciąży także bardzo dbałam o odpowiednią dietę. Wspólnie z mężem przyrządzaliśmy smakowite i zdrowe potrawy. Nasze posiłki składały się z sezonowych owoców, warzyw oraz ryb. Odrzuciło mnie od mięsa – jadłam jedynie od czasu do czasu pieczony udziec z indyka. Nie zapomnę naszych wiosenno-letnich słonecznych poranków i śniadań na tarasie, które składały się z oliwek, zielonej sałaty, pachnących, dojrzałych pomidorów, ogórków, aromatycznej papryki (wszystkie warzywa z targu warzywnego) i świeżo pieczonych bułek pita. Pychota! Dwa miesiące przed terminem porodu zaopatrzyliśmy się z mężem także w cud-urządzenie Thermomix, dzięki któremu gotowaliśmy smaczne i zdrowe potrawy na parze i jeszcze bardziej wspomagaliśmy nasze zdrowe odżywianie. Pozytywnym aspektem tego wszystkiego było to, że wreszcie nauczyłam się gotować i piec ciasta, choć wcześniej nie podchodziłam do tych czynności ze zbyt wielkim zapałem.

Przygotowanie do porodu

Oprócz dbania o właściwe odżywianie, samopoczucie i wygląd, wiedziałam, że trzeba coś więcej. W naszym nowym mieście była profesjonalna klinika ginekologiczno-położnicza, gdzie każdego miesiąca chodziłam na konsultacje lekarskie i gdzie również chciałam, aby odbył się mój poród. Klinika była nowoczesna, doskonale wyposażona, miała bardzo przyjaźnie nastawiony personel i dawała poczucie bezpieczeństwa. Porody odbywały się na NFZ co też było plusem.

Nieraz słyszałam o sytuacjach, kiedy rodzące kobiety w niektórych szpitalach napotykały liczne nieprzyjemności, bo albo nie było miejsc, albo nikt się nimi nie chciał zajmować, albo urodziły w windzie czy w trakcie wypełniania dokumentów, bo personel medyczny stwierdził, że jeszcze nie ma akcji porodowej(!). Z całego serca chciałam uniknąć takich sytuacji i zapewnić naszemu noworodkowi maksimum bezpieczeństwa stąd też zdecydowaliśmy się z mężem na zakup usługi w ramach kliniki: położna plus własna sala porodowa. Dzięki temu byliśmy spokojni, że jak tylko coś się tylko zacznie – możemy dzwonić do naszej położnej i ona już przejmie inicjatywę. Dobra położna jest na wagę złota. To ona odbiera poród i jest przy rodzącej praktycznie cały czas. Warto też wcześniej się poznać z  położną, tak aby podczas porodu były już nawiązane pewne relacje i tym samym zbudowane zaufanie.

Nasza położna prowadziła zajęcia w ramach szkoły rodzenia, do której uczęszczaliśmy przez kilka tygodni. Na początku mój mąż niechętnie chciał uczestniczyć w tych zajęciach, ale po 1-2 lekcjach sam przypominał o kolejnych. Do tego był bardzo aktywny, zadawał dużo pytań i był ciekawy omawianych zagadnień. Byłam z niego bardzo dumna. :) Uczestnictwo w szkole rodzenia pozwoliło nam nie tylko na zdobycie wiedzy z zakresu ciąży, porodu, odżywiania, pielęgnacji noworodka, czy okresu połogu, ale również ukazało mężczyznom jak wiele musi przejść ich druga połowa, żeby mogło przyjść na świat ich dziecko. Mój mąż dzięki temu mógł lepiej zrozumieć co mnie czeka, co może się wydarzyć po i tym samym mógł mnie jeszcze lepiej wspierać w kluczowych momentach. Ja z kolei byłam bardziej świadoma różnych decyzji jakie powinnam podjąć przed porodem, w jego trakcie i po.

Przez pewien okres miałam dylemat, czy rodzić naturalnie, czy może zdecydować się na cesarkę na życzenie. Ważyłam plusy i minusy każdego rozwiązania, rozmawiałam z lekarzem, czytałam literaturę na ten temat, przeglądałam opinie w Internecie i ostatecznie stwierdziłam, że najlepszym rozwiązaniem dla dziecka i dla mnie będzie jednak poród siłami natury, który i tak może się skończyć cesarką czy bym tego chciała czy nie. Choć bałam się początkowo tego rozwiązania, to pocieszałam się myślą, że przecież każda kobieta od początku istnienia naszego gatunku tak właśnie rodziła i nasz organizm jest przystosowany do rodzenia naturalnego oraz do wytrzymania towarzyszącego bólu. Aby się dobrze przygotować do tego finału ćwiczyłam wytrwale mięśnie Kegla, a pod koniec ciąży piłam herbatki z liści malin. Te zabiegi miały na celu wzmocnić mięśnie dna miednicy i macicy, a tym samym ułatwić poród. Zaopatrzyłam się też na czas porodu w specjalny żel położniczy NATALIS , który również miał na celu usprawnienie porodu.

Nastawienie psychiczne

Mój mąż od pierwszych miesięcy ciąży uświadamiał mi jak ważne jest nastawienie psychiczne. Wspierał w zagłębianiu tajników tego obszaru tym samym przygotowując mnie do momentu rozwiązania.

Istotnym elementem jaki sprzyjał tego typu przygotowaniom było nasze mieszkanie. Wprowadziliśmy się tam od pierwszego miesiąca mojej ciąży i urządziliśmy je samodzielnie korzystając z zasad Feng-Shui aranżując przestrzeń w taki sposób, by w jej obrębie zharmonizować przepływ niewidzialnej i nieuchwytnej życiowej siły. Tak więc nasze mieszkanie nie tylko ma swoje określone przestrzenie do pracy, czy odpoczynku, ale również zadbaliśmy o porządek, czystość i estetykę jego wnętrza, ergonomię, odpowiednie nasłonecznienie, uspakajającą kolorystykę w tonacji brąz-zieleń-bordo oraz naturalne meble i ich odpowiednie ustawienie. W naszym nowym mieszkaniu zrezygnowaliśmy z telewizora, a w zamian za to słuchaliśmy klasyki oraz muzyki relaksacyjnej. Czasami grywałam coś na pianinie, czasami też śpiewałam. Bardzo często, gdy zapadał zmrok paliliśmy świeczki i aromatyczne kadzidełka, a mąż robił mi odprężający masaż stóp, albo grał na misach tybetańskich wprowadzając mnie w stan błogiego relaksu. Dodatkowo korzystałam z gotowych ćwiczeń relaksacyjnych pozwalających na piękną wizualizację poszczególnych etapów porodu, w trakcie których pojawiały się afirmacje mające na celu m.in. uśmierzyć czekający mnie ból i pozytywnie nastawić do całego wydarzenia.

„Kiedy rodzi się Dziecko, cały Wszechświat musi się przesunąć i zrobić mu miejsce” / Ina May Gaskin

W trakcie ciąży wpadła mi w ręce książka Iny May Gaskin pt.„Duchowe położnictwo”,  która ukazuje w jaki sposób można doświadczyć duchowej natury procesu narodzin. Książka pozwala odnaleźć kobiecie jej moc i uczynić okres ciąży i porodu głębokim, transformującym przeżyciem – czyniąc go przy tym łatwiejszym i bardziej bezpiecznym. Książka zainspirowała mnie do dalszych przemyśleń na temat psychicznego przygotowania do porodu.

Postanowiłam, że kiedy nadejdzie już TEN czas będę myśleć tylko o 2 rzeczach: spokoju i teraźniejszości. Nie będę analizowała tego co się stało, nie będę myślała o tym co się stanie, odpuszczę oczekiwania, a w zamian za to będę w pełni doświadczać tego, co się będzie działo właśnie TU i TERAZ, głęboko oddychając i ciesząc się z każdej chwili zbliżającej mnie do zobaczenia ukochanego i długo wyczekiwanego dziecka.

Wsparciem dla mnie oprócz męża byli rodzice, bracia oraz znajomi. Każdy cieszył się z nowiny, że jestem w ciąży, każdy się interesował jak się czuję, jak sobie radzę i mocno trzymał kciuki za rozwiązanie. Czułam to wsparcie i było ono dla mnie bardzo ważne. Moi głęboko religijni rodzice wspierali mnie modlitwą. Z kolei znajomi księża błogosławili mój brzuszek wykonując na nim znak krzyża, odprawiając msze za szczęśliwe rozwiązanie oraz ofiarując wisiorek w kształcie czerwonego serduszka dla przyszłego maleństwa, który przez całą ciążę nosiłam na szyi. Każdy wspierał jak potrafił.

Przed narodzinami

Dwa miesiące przed przyjściem na świat naszej córeczki urządziliśmy z mężem jej pokoik. Muszę przyznać, że wydatki związane z zakupem mebli dziecięcych, akcesoriów, kosmetyków, ciuszków, wózka, niani elektronicznej i innych przydatnych rzeczy nie były małe, no ale czego się nie robi dla własnego dziecka. Ponieważ nie lubię być zaskakiwana i nie wyobrażam sobie, że nie byłabym przygotowana gdyby wybiła TA godzina, torba do szpitala również była spakowana długo przed terminem.

Im bliżej terminu, tym bardziej byłam podekscytowana. Już w siódmym miesiącu zdawało mi się, że moja ciąża trwa wiecznie i nigdy się nie skończy. Wraz z początkiem dziewiątego miesiąca byłam coraz bardziej ociężała i coraz bardziej też odczuwałam konkretne ruchy córeczki, dla której miejsce w moim brzuszku zdawało się być już niewystarczające. Zdałam sobie wówczas sprawę z tego, że za niedługo nasze życie się zmieni na zawsze. Że nasz dom będzie składał się już z 3 osób, a nie 2. Że czeka nas olbrzymia odpowiedzialność i że jesteśmy wielkimi szczęściarzami!

W ramach zajęć na szkole rodzenia uczyliśmy się jak rozpoznać zbliżające się rozwiązanie. Skrupulatnie zapamiętywałam każdy szczegół, żeby przypadkiem nie pominąć objawów. :) W ostatnim miesiącu mięliśmy 3 fałszywe alarmy, które zdawały się zapowiadać nadchodzące ważne wydarzenie. Były momenty kiedy, idąc osuwałam się na podłogę i nie mogłam utrzymać się na nogach, ponieważ dostawałam ostrych ataków bólu pachwin. Były też regularne ostre i kłujące bóle w okolicach pęcherza o północy (szczególnie wtedy kiedy mała miała najwyższą aktywność ruchową). Jednak nic z tych objawów nie kończyło się skurczami, więc czekaliśmy z mężem dalej.

I po terminie…

Imię już wybrane, torba spakowana, pokoik urządzony, ja byłam dobrze psychicznie i fizycznie  przygotowana, termin porodu właśnie minął, a tu nadal nic. 3 dni po terminie wybrałam się na KTG z myślą, że już zostanę w szpitalu na wywoływanie porodu. Przed umówioną wizytą w klinice, poszłam jeszcze do fryzjera i zrobiłam sobie wygodną, ‘szpitalną’ fryzurę, która miała mi się utrzymać 3 dni. W szpitalu jednak po wykonanym KTG, odesłano nas do domu i poproszono o przeczekanie jeszcze 4 dni i dopiero w ostatnim dniu jeżeli nic by się nie wydarzyło – miałam mieć wywoływany poród.

Muszę przyznać, że byłam bardzo zawiedziona – naprawdę chciałam już urodzić. Moja niecierpliwa natura (muszę nad nią też popracować…) przez chwilę zaczęła sterować moimi emocjami wywołując lekką irytację. Czułam się ociężała, miałam trudności ze spaniem, a przede wszystkim nie mogłam się doczekać kiedy wezmę  w ramiona długo wyczekiwane maleństwo. „Co ma być to będzie” – w końcu pomyślałam. Ostatecznie, odpuściłam oczekiwania i presję na termin, rozplotłam piękne warkocze nad którymi fryzjerka siedziała równą godzinę, założyłam dresy i przez pozostałe dni biegałam po 9-piętrowej klatce schodowej  góra-dół, po 8 powtórzeń. Chciałam sprawdzić, czy sama w jakiś sposób mogę wywołać skurcze. Po intensywnym treningu brałam się za sprzątanie, układanie w szafkach i wycieranie podłogi. Efektem były porządne zakwasy, zero skurczy, za to dobra kondycja!  Tak więc po 4 dniach intensywnych prób samodzielnego przyśpieszenia akcji, dokładnie w piątek 11.01 poszłam na wywoływanie porodu.

Czas na poród

Noc wcześniej bardzo dobrze przespałam. Nie miałam żadnych obaw, lęków – podświadomie wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. O 6:00 rano była pobudka. Wzięłam ciepły relaksujący prysznic, ubrałam się w najlepszą sukienkę, zrobiłam sobie ładny i dyskretny makijaż oraz pokręciłam włosy. W końcu jak ma mnie zobaczyć córeczka, to niech widzi mamę piękną i wypoczętą!

Czekając na męża, który się przygotowywał do wyjścia,  włączyłam kilka ulubionych piosenek m.in.  The Connells „’74-’75” i The Cure “Friday I’m In Love” (akurat był piątek!)  i tańczyłam. W drodze do szpitala słuchaliśmy Wiosny z 4 pór roku Vivaldiego, a ja płakałam ze szczęścia, że właśnie w tym dniu za kilka, albo kilkanaście godzin zobaczymy już nasze maleństwo! Byłam przeszczęśliwa. W szpitalu, podczas oczekiwania na swoją kolej słuchałam na odtwarzaczu mp3 piosenkę, która towarzyszyła mi w najważniejszych i najpiękniejszych momentach w moim życiu- Oliver Shanti „Wolf song” (szkoda, że sam twórca ma nieciekawą przeszłość, no ale muzykę tworzy cudną!).

Z tak doskonałym nastawieniem, zostałam zaprowadzona przez położną do sali porodowej, którą szybko z mężem przerobiliśmy na klimatyczny zakątek. Zapaliliśmy aromatyczne świeczki, włączyliśmy nagraną wcześniej muzykę relaksacyjną, a mąż mi robił masaż stóp specjalnie na tę okazję zakupionym odprężającym olejkiem do porodu. Do teraz kiedy czuję zapach tych świeczek i olejku, przypominają mi się te wspaniałe chwile wspólnego oczekiwania.

Za oknem padał śnieg, słońce dawało niecodzienną jasność, a ja czułam się jak we śnie. W TYM dniu żyłam każdą sekundą, nie myślałam o tym co się STANIE, ani nie analizowałam co się STAŁO. Koncentrowałam się na TU i TERAZ i celebrowałam każdą chwilę. Byłam niezwykle spokojna i zrelaksowana. Położna raz po raz podawała mi kolejne dawki leków wywołujących skurcze, a ja ich się wprost nie mogłam doczekać.

Bliskość i zaangażowanie męża w tym czasie była dla mnie szczególnie ważna. Cieszyłam się, że jesteśmy razem w tym niezwykłym, zaczarowanym  dniu. Istotne dla mnie było również to, aby ta bliskość była jak najmniej krępująca dla męża, a mnie również zapewniała komfort. Nasza położna wzorowo zadbała to te aspekty. Chciałam, aby to przeżycie było dla nas obojga pełne cudownych wspomnień.

O 12:00 rozpoczęły się długo oczekiwane skurcze i 1 faza porodu. Cieszyłam się z każdego skurczu, ponieważ wiedziałam, że ich wzrastająca intensywność oznacza zbliżający się moment spotkania z naszym dzieciątkiem. W trakcie tej fazy korzystałam z prysznica i tańczyłam w nim w rytm ulubionych kawałków dance (!). Z wcześniej zagłębionej literatury wiedziałam, że grawitacja czyni cuda, a szczególnie dzięki takim właśnie aktywnościom można poród bardzo przyśpieszyć. Pomimo coraz bardziej bolesnych skurczy, nie poddawałam się i tańczyłam jeszcze aktywniej! :) Nie walczyłam z bólem, nie skupiałam się na nim, tylko go przyjmowałam i ‚rozbijałam’ dynamicznymi podskokami. Opłacało się – położna po zbadaniu, powiedziała, że bardzo dobrze się wszystko ustawiło.

O 14:00 otrzymałam pierwszą dawkę znieczulenia (skurcze przy porodzie indukowanym są nieprawdopodobnie bolesne), a o 16:00 rozpoczęła się 2-ga faza porodu, która trwała ponoć godzinę, choć przyznam, że w tym czasie straciłam rachubę i czas nagle przestał płynąć. Umówiliśmy się z mężem, że zostawi mnie w tej drugiej fazie sam na sam z położną. Było bardzo pięknie, intymnie, nastrojowo. W sali panował półmrok, świeczki dawały cudowne ciepłe światło, w tle brzmiały nastrojowe dźwięki ulubionych melodii, a w powietrzu unosił się zapach olejku miętowo-rozmarynowego.  Mój sen, w którym byłam od początku wejścia do szpitala przerodził się we wspaniałe przeżycie podczas którego towarzyszyła mi tylko jedna myśl, która dawała coraz to nowe siły  – „wkrótce zobaczę ukochane dziecko”. Głęboko oddychałam, panowałam nad własnym ciałem poddając się naturalnemu rytmowi porodu.

Urodziłam kilka minut po 17:00, trzy-kilogramową zdrową (9/10 punktów w skali Apgar) i śliczną 53 centymetrową córeczkę.  Jak tylko zobaczyłam tę słodką istotkę machającą małymi nóżkami i rączkami, łzy mi napłynęły do oczu. Po pierwszym krzyku maleństwa, zaproszono męża do sali, aby mógł zobaczyć córeczkę. Mąż przytulił mnie mocno, po czym udał się w stronę dzieciątka, które chwilę później znalazło się już przy mojej piersi – skóra do skóry. Żadne słowa nie opiszą tego co wówczas czuliśmy. Z cudownie słodkimi łzami w oczach zostaliśmy przeszczęśliwymi rodzicami maleńkiej istotki.

Zaraz po porodzie czułam się fantastycznie. Cały wysiłek i ból, który mi wcześniej towarzyszył zniknął nagle bez śladu. Miałam mnóstwo nowych sił. Chciałam cały czas trzymać w ramionach córeczkę i już jej nie wypuścić. Nie mogłam uwierzyć, że to wszystko się działo. Jeżeli to był sen – chciałam w nim zostać na zawsze.

Jesteś już z nami

Po porodzie zostaliśmy 3 dni w szpitalu. Wynajęliśmy z mężem własną salę dla naszej trójki.  Mąż nie wyobrażał sobie spania w domu w tym okresie. Chciał być blisko nas – a my potrzebowałyśmy jego. Podczas tych 3 dni, wykazał się niezwykłą czułością i opiekuńczością. W nocy wstawał i podawał mi nasze Maleństwo do karmienia, załatwiał wszelkie sprawy formalne, przywoził mi jedzenie, które wcześniej przygotowywał w naszym domu (po porodzie byłam bardzo głodna i nie wystarczało mi jedzenie szpitalne) i spełniał w tempie ekspresowym każdą prośbę jaką miałam. Czułam w nim wielkie oparcie i bardzo się cieszyłam, że był z nami w tym czasie.

Otrzymaliśmy mnóstwo pięknych życzeń i gratulacji od rodziny i przyjaciół, którzy cieszyli się wraz z nami. Dzięki technologii 21 wieku połączyliśmy się też poprzez skype z naszymi bliskimi i pokazywaliśmy naszą córeczkę świeżo upieczonym babciom, dziadkom, wujkom, ciociom i kuzynom. Wszyscy byliśmy przepełnieni radością i miłością do nowo narodzonej istotki.

Pojawiły się też pierwsze wyzwania, a mianowicie karmienie piersią, które nie było z początku takie piękne jak pokazują to zdjęcia z reklamówek, czy filmy. Karmienie piersią było w pierwszych dniach dość bolesne i niewygodne, ale dzięki wsparciu bliskich i fachowym poradom w szpitalu nie poddałam się i wręcz zaciskając zęby z bólu karmiłam malucha w końcu najlepszym pokarmem jaki mogło dostać. Pierwszy uśmiech na mojej twarzy podczas karmienia pojawił się około miesiąc po porodzie! Warto być przygotowanym na wyzwania laktacyjne zatem wybierając się do szpitala dobrze zaopatrzyć się w: nakładki silikonowe, wkładki laktacyjne (najlepsze Lansinoh bo nie zostawiają niteczek bawełnianych), laktator, maść z lanoliną, kompresy żelowe (do ogrzewania przed karmieniem i ochładzania po karmieniu), herbatki laktacyjne (np. bocianek) oraz 2-3 koszule do karmienia. Ja zaopatrzyłam się w tę koszulę oraz w  z elastycznej bawełny wraz z dopasowanymi do nich bolerkami.

W pierwszych dobach po porodzie wszystkie noworodki były poddawane obowiązkowym szczepieniom na WZW typu B oraz gruźlicę. W trakcie ciąży sporo czytaliśmy z mężem na temat szczepień i do końca nie byliśmy przekonani, czy szczepić, czy nie. Jednakże nikt nas się o to nie pytał i gdybyśmy sami nie zgłosili personelowi naszych wahań, dziecko byłoby zaszczepione szczepionkami refundowanymi bez porozumienia z nami, gdzie ilość rtęci 83-krotnie przekracza normy (w przypadku szczepionki na WZW B). Takie prawo. My nie zgodziliśmy się na szczepienia szczepionką refundowaną na WZW typu B i zakupiliśmy własną o nazwie Engerix bez tiomersalu (konserwantu dla szczepionek z rtęcią). Nadal zastanawiamy się nad dalszymi szczepieniami, które kalendarz szczepień przewiduje na 6-ty tydzień. Po lekturze artykułów z tej witryny mamy sporo wątpliwości, ale jeżeli zdecydujemy się na szczepienie to na pewno znacznie później niż w 6-tym tygodniu.

Powrót ze szpitala do domu z naszym nowym członkiem rodziny był niezwykle wzruszający. Nigdy nie zapomnę jak szepnęłam do ucha córeczce „Witaj w domu, kochanie!”.

Pierwszy miesiąc prawie za nami

Nasza córeczka za 5 dni kończy 1 miesiąc! Jest wzorowym noworodkiem. Śpi 3 godziny, ładnie je (karmię wyłącznie piersią), przytyła prawie 1kg (i kto mi powie, że dzieci karmione piersią słabiej przybierają na wadze?) i pięknie się rozwija. Śpi w łóżeczku z swoim pokoiku, a nad jej bezpieczeństwem podczas snu czuwa elektroniczna niania z monitorem oddechu. Płacze tylko wtedy gdy jest głodna, chce nową pieluszkę, albo potrzebuje bliskości – wówczas ją nosimy na rękach. W pierwszych dniach mieliśmy jeszcze jeden rodzaj płaczu – dość smutny i przyprawiający mnie o łzy. Było to wówczas gdy bolał ją brzuszek. Był to płacz dziecka cierpiącego – mam nadzieję, że nigdy więcej go już nie usłyszę. Serce się kraje. Od wczoraj nasza kruszynka kręci główką już w prawą i lewą stronę (również na brzuszku), a od 3 dni płacze na literkę G: gieeeee :)

Nasza córeczka nosi pieluszki wielorazowe. Zdecydowaliśmy się na ten krok, ponieważ po pieluszkach jednorazowych pojawiły się pierwsze odparzenia. Dowiedzieliśmy się również, że pieluszkowanie wielorazowe pozwala dziecku o wiele szybciej przejść na nocniczek i jest o wiele bardziej ekonomiczne w perspektywie tych kilkunastu czy kilkudziesięciu miesięcy, nie mówiąc o ekologii. Pieluszki wielorazowe są też bardzo szybkie w przewijaniu, nie wymagają stosowania żadnych kremów na odparzenia, są zgrabne i po prostu ładne!

Abyśmy mieli nasze maleństwo po równo dla siebie, podzieliliśmy się z mężem nowymi obowiązkami. Ja karmię i bawię się z małą, a mąż przewija i nosi na rękach. Doskonale uzupełniamy się w tych zadaniach. Po niecałych 4 tygodniach od porodu, brakuje mi tylko 4 kg do powrotu do mojej normalnej wagi. Czuję się znakomicie, coraz bardziej przyzwyczajam się do roli matki i niezmiernie mi się ona podoba! Każdy dzień jest piękniejszy, lepszy a wiem, że to dopiero początek! :)