Zbliża się 5-lecie naszego małżeństwa. To kawał czasu, a prawie drugie tyle byliśmy ze sobą zanim powiedzieliśmy sobie TAK. Znaliśmy się z lat szkolnych, ale nikomu z nas nie przechodziło wówczas przez myśl, że kiedyś będziemy razem. Każde z nas miało wówczas zupełnie inne wyobrażenie swojej idealnej drugiej połowy. Każde z nas nie było jeszcze gotowe na prawdziwą, dojrzałą miłość. Potrzebowaliśmy na to duuuużo czasu.

Pamiętasz jak pierwszy raz się poznaliśmy na osiedlowej dyskotece jakieś 14 lat temu?  I ja i Ty myśleliśmy, że jesteśmy Niemcami, ponieważ każde z nas przyszło na tę imprezę ze swoją grupą niemieckich przyjaciół. Rozmawialiśmy więc z początku w tym języku, aż okazało się, że tak naprawdę łączy nas jednak język polski oraz to samo miasto. Pamiętam, że dobrze mi się z Tobą rozmawiało, tańczyliśmy, opowiadałeś mi o swojej podróży na Love Parade do Berlina. Miałeś przy sobie gwizdek, który przywiozłeś właśnie z tego miejsca. Później zatańczyliśmy do piosenki Whitney Houston „My love is your love„. Niby coś poczułam, ale szybko odrzucałam jakiekolwiek myśli o poważniejszej relacji. Może się bałam? Może nie chciałam? Już teraz nie pamiętam, ale wiem, że nie byłeś mi obojętny.

Później co chwilę gdzieś nasze drogi się schodziły. Poznałeś mojego brata i odwiedzałeś go w naszym rodzinnym domu. Ja uczyłam się do klasówek, a Ty rozkręcałeś biznesy. Czasami przychodziłeś do mojego pokoju się przywitać i zapytać co słychać. Któregoś dnia podarowałeś mi nawet swoją dopiero co wydrukowaną wizytówkę z firmy, w której wówczas pracowałeś. Pamiętam, że byłeś bardzo dumny, natomiast ja potraktowałam ten gest z lekką pogardą. Innym razem wychodząc z mojego domu, podwiozłeś mnie na próbę do szkoły muzycznej. Pamiętam, że wysiadając z samochodu miałam ochotę Cię pocałować, ale szybko sobie wybiłam z głowy tę myśl, grzecznie podziękowałam i udałam się w swoją stronę.  Jeszcze innym razem również po wyjściu z mojego domu, rodzice jednogłośnie powiedzieli, że mogliby mieć takiego zięcia, a Tata nawet zamarzył sobie o wspólnym wypiciu z Tobą dobrego koniaku. Po raz kolejny przeszła mi myśl, co by było, gdybyśmy byli razem, ale szybko ją wymazałam z głowy. To nie miałoby przyszłości – ja szłam na studia, chciałam mieszkać za granicą, mieć poważne stanowisko w międzynarodowej korporacji i księcia z bajki jako męża. Nijak wpisywałeś się w mój wymarzony scenariusz życia. Byłeś starszy, pracowałeś w moim rodzinnym mieście, z którego tak bardzo chciałam się wyrwać i raczej nie wyglądało, że chciałbyś cokolwiek zmieniać. Choć coś mnie w Tobie fascynowało, coś pociągało, skutecznie tłamsiłam te myśli w zarodku wiedząc, że nic z tego nie będzie.

Pomimo upływu lat, los ciągle mi o Tobie przypominał. Słyszałam od mojego brata, z którym utrzymywałeś kontakt, że założyłeś własny biznes i dobrze sobie radziłeś. Byłeś też u niego świadkiem na bierzmowaniu. Kiedy przed uroczystością udałeś się do spowiedzi, byłam w tym kościele również w tym samym celu. Siedząc w ławce i odmawiając pokutę otrzymałam od Ciebie SMS z krótkim: „Przepraszam”. Zupełnie nie wiedziałam o co chodziło, ale poczułam, że chyba, też nie jestem Ci obojętna. Cały czas pośrednio lub bezpośrednio pojawiałeś się w moim życiu. Podczas wakacji w Anglii, dowiedziałam, się że znajomi u których przebywałam, również byli w dobrym kontakcie z Twoją siostrą. Innym razem, podczas pobytu w Niemczech okazało się, że Twój brat był kila tygodni wcześniej u rodziny, u której ja tymczasowo mieszkałam i pracowałam jako Au-pair. Twoja najbliższa sąsiadka okazała się być dobrą przyjaciółką mojej Babci spod Zakopanego. Natomiast w firmie, którą opuściłeś rozpoczął pracę mój Tato.  Trudno uwierzyć w te zbiegi okoliczności – czyżby przeznaczenie nas ku sobie nieuchronnie ściągało?

W końcu wyjechałam na studia i rozpoczęłam realizację swojego planu na idealne życie. Naukę przeplatałam z praktykami, stażami, seminariami. Udzielałam się gdzie mogłam – w organizacjach, kołach, radach wydziału. Uzupełniałam skrzętnie CV wiedząc, że chcąc podbić świat muszę mieć z czym. Wreszcie wyjechałam na wymarzone stypendium do Wiednia i świat stanął przede mną otworem. Kończąc stypendium na jednej uczelni, rozpoczęłam kolejne na drugiej. W międzyczasie kwitło życie towarzyskie, nowe znajomości, nowe doświadczenia. O ile w kwestii zawodowej wszystko się toczyło pomyślnie, to sprawy uczuciowe mocno kulały.

Byłam krótkodystansowcem, kończyłam jeden związek po drugim. Byłam wybredna i czasami niestety też krzywdziłam drugą stronę. Kalkulowałam czy opłaca mi się „inwestować” czas w daną relację – jeżeli po 3-ciej randce coś mi już nie pasowało, żegnałam się. Wiedziałam, że jestem wciąż młoda i nie mogę tracić czasu na wiarę w to, że może ktoś się zmieni, albo, że w mojej głowie się zmieni postrzeganie danej osoby i jej charakteru. Nie byłam też desperatką za wszelką cenę poszukującą drugiej połowy. Dobrze też czułam się sama ze sobą, ale chciałam też kiedyś być matką, mieć rodzinę, więc coraz bardziej doskwierało mi to, że wiecznie mi coś nie pasuje w osobach, które naprawdę były obiektywnie fajne. Zastanawiałam się, czy może we mnie jest coś nie tak, czy może mam skrzywione, zbyt wygórowane wymagania. A może po prostu jest mi pisane być singielką? W sumie to chyba byłoby to lepsze niż być z człowiekiem, którego się nie kocha, a jest się z nim tylko po to, aby się spełnić macierzyńsko.

Powodów dla których odrzucałam potencjalnych kandydatów na przyszłych partnerów życiowych było wiele. Przede wszystkim jak któryś z nich za bardzo się o mnie starał, miał „maślane oczy” i wzdychał za każdym razem powtarzając jak mnie kocha – to już był przegrany. Szukałam faceta twardego, który zarówno zdobywał mnie, jak i pozwalał siebie zdobywać. Nie podobało mi się też narzucanie szybkiego tempa – do spraw cielesnych zawsze podchodziłam z dużym dystansem, więc jeśli któryś z moich wcześniejszych chłopaków liczył, że mu się uda coś ugrać – znajomość się kończyła. Szukałam kogoś, kto sam poczeka aż ja zrobię pierwszy krok, a zrobiłabym go tylko wtedy, kiedy czułabym, że „ten człowiek będzie ojcem moich dzieci„. Kiedy podczas spotkań zapadała od czasu do czasu niezręczna cisza, którą na siłę staraliśmy się jakoś przerywać – to już wiedziałam, że ten związek nie ma przyszłości. Szukałam kogoś, z kim mogłabym pomilczeć bez wyrzutów sumienia. I w końcu, jeżeli człowiek z którym byłam, cały czas zostawiał mi wolną rękę w podejmowaniu różnych, nawet najbardziej błahych decyzji – to nic dobrego to nie wróżyło, znajomość się kończyła. Szukałam kogoś kto potrafi podejmować decyzje, mieć własną inicjatywę i umiejętność łatwego przekonywania mnie do swoich pomysłów.

Był lipiec, miałam 23 lata, a za sobą cały bagaż doświadczeń damsko-męskich. Ostatni związek skończył się szybciej niż się zaczął – bardzo sympatyczna i rokująca znajomość internetowa pozbyła mnie wszelkich złudzeń po konfrontacji z rzeczywistością. Zmęczona niepowodzeniami na tym polu, ale pozytywnie nastawiona na okres wakacji, które pierwszy raz od 5 lat mogłam spędzać w rodzinnych stronach robiąc dosłownie nic, spakowałam walizkę i wsiadłam do pociągu. Drugi semestr na stypendium bardzo dobrze zaliczony, a po wakacjach perspektywa kolejnego semestru na zagranicznej uczelni oraz świetnych grantów. Z czystym sumieniem wiedziałam, że mogłam się naprawdę zrelaksować i z takim nastawieniem jechałam w rodzinne strony. Jechałam tylko z jedną myślą – wypocząć, cieszyć się latem, spędzić miło czas z rodzicami i rodzeństwem. Szykowały się wakacje życia.

Może życie nie byłoby jednak moim, a ja nie byłabym sobą, gdybym nie przyciągnęła na siebie różnych atrakcji i przygód. Ledwo zdążyłam przyjechać do rodzinnego miasta, otrzymałam telefon od prowadzącej zespół wokalny, do którego należałam lata świetlne temu:
– Może zaśpiewasz z nami na 10-lecie naszego zespołu? Występ w najbliższą niedzielę w kościele parafialnym – to do zobaczenia! – odezwał się głos w telefonie z krótkim i treściwym komunikatem. Czemu nie – pomyślałam. W sumie nie mam nic innego w planach więc chętnie ponownie stanę przed publiką jako doświadczony alumn.

Los wiedział kiedy i jak nasze ścieżki ponownie ze sobą skrzyżować. Po występie, na którym również byłeś jako słuchacz, otrzymałam od Ciebie SMS, a następnego dnia siedzieliśmy już na kawie i rozmawialiśmy tak, jakby te kilka dobrych lat było zaledwie kilkoma dniami. Miałeś swój cięższy czas w życiu, i dziękuję, że się tym ze mną podzieliłeś. Zastanawiam się tylko dlaczego do mnie wtedy napisałeś? Szukałeś pocieszenia, a może rozpoznałeś znak z nieba, że oto własnie przed Tobą stoi Twoja przyszła żona? Siedząc tak z Tobą przy kawie, jak ze starym dobrym znajomym czułam z jednej strony, że jest to jednorazowe, niezobowiązujące spotkanie, a z drugiej coś mi podpowiadało, że szykuje się coś więcej. Ta druga myśl była dla mnie jednak tak nierealna, racjonalnie niewytłumaczalna, po prostu niewykonalna w obliczu mojego obecnego życia i planów. Skończyliśmy pić kawę i każde z nas poszło znów w swoją stronę. Poczułam lekkie ukłucie dziwnego żalu, że nie zaproponowałeś kolejnego spotkania. Z drugiej strony po co miałbyś to robić – przechodziłeś przez ciężki okres w swoim życiu, miałeś prawo wątpić w związki i dobre zamiary kobiet wobec Ciebie. Po co miałbyś wchodzić z deszczu pod rynnę? Moja kobieca duma, chęć zrekompensowania Tobie tych cięższych chwil jak również brak innego lepszego zajęcia skłoniły mnie do zaproszenia Cię do kina. Pewnie jeżeli Ty wykonałbyś ten krok, to moja dziwna przekora od razu by Cię skreśliła, ale to byłam ja – moja decyzja i chęć ponownego spotkania. Dziękuję, że dałeś mi się zaprosić.

Szliśmy naprzeciw siebie – ja ze swojego domu, Ty ze swojego.  Pamiętam, że byłam mocno spóźniona i szłam bardzo szybkim krokiem, a z nieba lał się dosłownie żar. Włosy przyklejały mi się do twarzy i czułam, że mój perfekcyjnie przygotowywany wcześniej look trochę ucierpiał. Z jednej strony zaczęło mnie to stresować, z drugiej pomyślałam: „Głupia, przecież nie jest to randka! Idziesz do kina z kumplem – ogarnij się!” Wreszcie zobaczyłam Ciebie idącego spokojnym krokiem w moim kierunku. Widziałam uśmiech na Twojej twarzy, pamiętam Twoją białą koszulę w podłużne brązowe paski i brązowe spodnie. Nie wiem dlaczego i kiedy serce mi zaczęło bić mocniej. W kinie tuż przed seansem usiedliśmy obok siebie, a Ty nagle jakoś tak dłużej zatrzymałeś na mnie swój wzrok. Po raz kolejny poczułam te dziwne kołatanie serca, czyżby też motyle w brzuchu zaczęły się budzić? O nie! Co się dzieje, przecież ten związek nie ma przyszłości – ja światowa, on lokalny. Mnie tak wiele potrzeba do szczęścia, a jemu zdaje się, że nie tak dużo. W co ja się pakuję? A miały to być spokojne wakacje… .

Po kinie przyszedł czas na spacery, początkowo krótkie, a później coraz to dłuższe, aż do późnego zmroku. Chodziliśmy dosłownie wszędzie i wypowiedzieliśmy miliony słów. Twoje propozycje spotkań były zawsze  bardzo taktowne, ale też z tzw. furtką i założeniem, „że jak nie masz ochoty to nie musimy się spotykać – zrób jak uważasz.” Bardzo mi się to podobało – cały czas czułam, że mam wybór, żyłam w ekscytującej niepewności – dziękuję Ci za to. Powoli przestałam się zadręczać myślami, czy ta relacja ma przyszłość, czy nie i po prostu poddałam się temu co przynosił każdy dzień bez dodatkowych refleksji. „Co ma być to będzie; ja i tak wracam do Wiednia, on zostanie tu, więc potraktuję to jako wakacyjną, fajną przygodę.” – pomyślałam i od tamtej pory, zaczęłam się zakochiwać w Tobie na zabój. :)

Spotykaliśmy się codziennie, ale zachowywaliśmy dystans. Każde z nas się na swój sposób „czaiło”, co było przeurocze. Pamiętam jak któregoś wieczora leżeliśmy obok siebie (ale nie dotykając się przypadkiem) na drewnianej kładce przy stawie – to był sierpień, a z nieba padał deszcz perseidów. Wspólnie zobaczyliśmy jedną ze „spadających gwiazd” i pomyśleliśmy życzenie. O czym wtedy pomyślałeś? Ja chciałam, żeby nam się jednak udało, żeby pomimo tych wszystkich trudności, które miałeś i Ty i ja, żeby miłość wygrała – jeżeli to była naprawdę ona. Odprowadzając mnie do domu, było już dość chłodno i chciałeś mi dać swoją kurtkę – ja natomiast nie chciałam jej wziąć, żeby nie pokazać, że traktuję naszą relację zbyt poważnie, czy zażyle. Przez te wszystkie dni wciąż przed sobą udawaliśmy, że spotykamy się jako znajomi, nie dotykaliśmy się, dawaliśmy sobie niewidzialną furtkę na wszelki wypadek, choć z każdym spotkaniem było wiadomo, że to było już przeogromne zakochanie. Dziękuję ci za to niesamowite uczucie, cierpliwość i Twój szacunek do mnie. 

Któregoś dnia zabrałeś mnie na przejażdżkę. Włączyłeś dobrą muzykę, odkręciłeś szyby i wygłupialiśmy się śmiejąc się do rozpuku. Po chwili wziąłeś moją rękę, położyłeś na skrzyni biegów i przykryłeś swoją dłonią. Nigdy nie zapomnę tego przeogromnego prądu, jaki przeszył moje całe ciało. Chwilo trwaj, nie kończ się – mogę tak umrzeć! Nigdy bym nie pomyślała, że zwykłe złapanie za rękę może mieć takie oddziaływanie. Kochanie, trzymaj mnie za rękę przy każdej okazji – zawsze kiedy to robisz przypominam sobie własnie ten moment. Dziękuję Ci za niego. Wtedy już wiedziałam, że nie ma odwrotu – wpadłam w Twoje sidła, tak niewinnie i nieświadomie na mnie zastawione. Podobało mi się wszystko co robiłeś, nic mnie nie irytowało, nie miałam się do czego przyczepić. Moja analityczna natura od razu zaczęła przytaczać wcześniejsze nieudane związki,  ile to mi zawsze rzeczy nie pasowało i podsunęła wniosek: „Jeżeli wszystko Ci pasuje po takim czasie, to bierz i nie wydziwiaj, bo druga taka szansa może się już nie pojawić, albo się pojawi po 20 kolejnych nieudanych związkach.” Absolutnie nie miałam ochoty na żadne inne związki, chciałam tylko Ciebie. Kolejne nasze spotkania tylko mnie w tym utwierdzały. Wspólny wypad w Bieszczady i przepyszne bułki graham z oliwą z oliwek, bazylią, pomidorem i mozzarellą, które  przygotowałeś na naszą wyprawę postawiły kolejny wielki plus przy Twojej kandydaturze na mojego męża. A jeszcze większy plus otrzymałeś, gdy zaprosiłeś mnie na koncert „Lata z Radiem”. W tle grał Perfect, a my pod drzewem zajadaliśmy się przygotowanym przez Ciebie prowiantem. Wtedy też wypiliśmy 4 wina… . W głowie mi grzmiało, serce łomotało, to było największe sponiewieranie alkoholowe jakiego doświadczyłam. :) Od tamtej pory przestaliśmy się już „czaić” i otwarcie wyznawaliśmy sobie co nam w duszy grało. A grało nam dużo fajnych rzeczy – np. jeden z naszych ulubionych zespołów – Faithless, który koncertował w Krakowie i którego występu oczywiście nie przepuściliśmy.

Planowana data wyjazdu do Wiednia nieuchronnie się zbliżała. My natomiast także byliśmy coraz bliżej siebie i wreszcie wyszliśmy z ukrycia własnych przekonań, stając twarzą w twarz z naszym szczęściem. Słoneczne lato się kończyło, na drzewach pojawiły się pierwsze żółknące liście, a ja przesunęłam swój wyjazd o tydzień oddając go nam. Pojechaliśmy na kilka dni w głębokie, dzikie Bieszczady i tam przy grzanym winie, dźwiękach piosenek Starego Dobrego Małżeństwa pierwszy raz wyznaliśmy sobie miłość. Dziękuję Ci za to, że poprosiłeś, abym została te kilka dni dłużej. Utwierdziły mnie one w przekonaniu, że trzeba walczyć o tę miłość, bo to przecież miałeś być przyszłym ojcem moich dzieci, moim mężem, to właśnie Ciebie szukałam całe życie. To własnie Ty jesteś tym moim księciem z bajki, który przez lata gdzieś przemykał w moim życiu raz po raz dając mi subtelnie o sobie znać.

Powrót do Wiednia był niełatwy. Obiecałeś, że do mnie przyjedziesz. Czy rzeczywiście będzie Ci się chciało? A może mi coś znowu się nie odmieni i stwierdzę, że fajnie było, ale trzeba iść naprzód. Czekał mnie jeszcze jeden semestr zajęć, a od stycznia miałam iść do wymarzonej pracy także w Wiedniu. Wszystko się mogło zmienić. Na szczęście dotrzymałeś słowa – przyjeżdżałeś do mnie bardzo często. Zatrzymywałeś się na kilka dni. Dziękuję Ci za Twój wysiłek w te z pewnością niełatwe podróże. Ilekroć przyjeżdżałeś wszystko nabierało innej, lepszej perspektywy. Kiedy rozpoczynałam pracę i miałam odbyć miesięczne szkolenie w Londynie, Ty również zapisałeś się na kilkutygodniowy kurs językowy i choć nie byłeś w tym samym mieście, to cieszyłam się, że i tak byłeś gdzieś w pobliżu.

Później razem wróciliśmy do Wiednia i wspólnie zamieszkaliśmy. I choć nie było to „po kościelnemu”, to wiedziałam, że inaczej być nie mogło, inaczej by to nie przetrwało. Do końca nie wiedzieliśmy, czy Wiedeń będzie naszym nowym miastem na długie lata, czy może czeka nas coś innego. Dziękuję Ci, że przeprowadziłeś się do mnie. Było to kosztem Twojej firmy w Polsce, do której raz na jakiś czas dojeżdżałeś. Uwierzyłeś w nas, naszą miłość, naszą przyszłość tak samo jak i ja w to naprawdę uwierzyłam kiedy po roku naszego wspólnego pobytu w Austrii poprosiłeś, abyśmy wrócili do Polski. Była to dla mnie trudna decyzja. Miałam dobrą pracę, perspektywy rozwoju zawodowego, dobre pieniądze. Ty jednak nie byleś szczęśliwy w tym kraju, co było coraz częściej widoczne. Kompromisem miał być Kraków, miasto gdzie studiowałam. I znów ciężka decyzja życiowa.

Po długich tygodniach negocjacji, wymiany argumentów i pierwszych wybuchach emocji opuściliśmy Wiedeń i przyjechaliśmy do Krakowa, gdzie postanowiłam rozpocząć pracę na własny rachunek – jako przedsiębiorca. Pojawiło się kilka ciekawych pomysłów, nad którymi zaczęłam działać. Powoli zaczynało mi się podobać takie wcześniej w ogóle nie brane pod uwagę życie zawodowe – nikogo nie musiałam prosić o urlop, nie musiałam pracować od-do, robiłam co chciałam i kiedy chciałam. Dziękuję Ci za to, że pozwoliłeś mi doświadczyć przedsmak prawdziwej wolności. Dzięki temu odkryłam w sobie niespożyte pokłady kreatywności, wykształciłam samodyscyplinę i nauczyłam się całego mnóstwa fajnych nowych rzeczy.

W Krakowie czas płynął dość przyjemnie – częste imprezy ze znajomymi, wspólny startup, zakup mieszkania. Choć nie byliśmy jeszcze małżeństwem, wszystko samodzielnie finansowałeś, choć wielokrotnie chciałam partycypować w kosztach. Jak rasowy mężczyzna brałeś na siebie wszystko to co zapewniało bezpieczeństwo i wygodę przyszłej rodzinie – traktowałeś nasz związek poważnie. Dziękuję Ci za to. Wkrótce zaszłam w ciążę, z której ogromnie się cieszyliśmy. Niestety na wczesnym etapie poroniłam, co było dla nas z kolei ciężkim doświadczeniem. Choć Maleństwo nie miało szczęścia, aby przyjść na świat, w sercu mam wielki sentyment i miłość do naszego pierwszego dziecka, które z pewnością gdzieś tam z góry na nas spogląda. Kolejne miesiące po utracie Maluszka były dla mnie wyjątkowo ciężkie. Miałam swoje humory, nie panowałam nad emocjami, wypowiadałam niepotrzebne słowa – Ty jednak ciągle przy mnie byłeś i za to Ci dziękuję.  Nasz ślub i wesele były jak z bajki. Podczas przysięgi powstrzymywałam łzy – po 4 latach wspólnego życia będziemy mężem i żoną. W tym niezwykłym dniu towarzyszyli nam wspaniali goście, cudne miejsce, wykwintne jedzenie. Choć nie lubiłeś tańczyć, dałeś się namówić na kurs, dzięki któremu wykonaliśmy niezapomniany pierwszy taniec. Dziękuję Ci za to, było to dla mnie bardzo ważne. 

Wkrótce złożyłeś mi propozycję wyprowadzki z Krakowa, na Podkarpacie – do Rzeszowa. I tym razem nie obyło się bez sporych emocji. Kupiłeś piękny apartament w Rzeszowie, a przeprowadzka była Ci potrzebna do tego, aby być bliżej firmy, która coraz lepiej się rozwijała i dawała perspektywy na jeszcze lepszą jakość naszego życia. Ja znów stałam na rozstaju dróg – w Krakowie przez ostatnie 3 lata ułożyłam sobie życie zawodowe i towarzyskie i znów maiłam to wszystko zostawić i udać się tym razem w nieznane. O ile Kraków był miastem w którym wcześniej studiowałam, to z Rzeszowem nie miałam wcześniej absolutnie nic wspólnego. Po długich i pełnych emocji negocjacjach małżeńskich zgodziłam się na 2-tygodniową, próbną przeprowadzkę. To był kompromis, byłam przekonana, że po tych 2 tygodniach wrócimy znów do Krakowa, ale los chciał inaczej. Po kilku dniach pobytu na świeżym, podkarpackim powietrzu okazało się, że znów jestem w ciąży. Stałam na naszym sporym tarasie spoglądając na soczystą, wiosenną zieleń, spokojną i błękitną toń zalewu, jakoś wolniej ale znacznie płynniej jadące samochody, wzięłam głęboki wdech czystego powietrza i stwierdziłam, że to miejsce będzie lepsze dla nas na obecnym etapie niż głośny, dość zanieczyszczony i zakorkowany Kraków. Patrząc się z perspektywy, dziękuję Ci za tę przeprowadzkę. Rzeszów okazał się być bardzo przyjaznym i perspektywicznym pod wieloma względami miastem. I choć na początku czułam się tu jak w sanatorium, jak na przedwczesnej emeryturze, to obecnie cenię sobie bardzo to wolniejsze tempo, tą piękną zieleń wokoło, ten spokój tak bardzo potrzebny (patrz: Jak urodziłam i nie zwariowałam).

I tak rozpoczął się nasz 7-my rok bycia razem. I jak mówią wszelkie przepowiednie, 7-my rok i u nas był pełen kryzysów, wielkich upadków i dość słabych wzlotów. Długo mi zajęło zrozumienie na czym polega moja rola jako żony i matki (patrz: Żona też człowiek), ale w końcu się udało – przepięłam się mentalnie z szalonej i beztroskiej dziewczyny, w odpowiedzialną i dojrzalszą kobietę. Ta życiowa nauka była okupiona dramatami, wojnami domowymi i wielkim ryzykiem hucznego rozstania się, ale przetrwaliśmy i mamy się dobrze. Silniejsi i bogatsi o nowe doświadczenia doczekaliśmy się kolejnego dziecka. Przyszło ono na świat  w naszym już zmienionym, dojrzalszym świecie (patrz: Jak rzuciłam wszystko w cholerę i zaczęłam od nowa). Pełna wdzięczności za swoje nowe życie (patrz: Wehikuł czasu), dziękuję Ci za te lekcje oraz wytrwałość w trudnych dla nas chwilach.   

Obecnie jestem bardzo szczęśliwa i spełniona. Nie mieszkam za granicą, tylko w mniejszym mieście na Podkarpaciu. I choć zawsze chciałam się wyrwać z tego regionu, to i tak tutaj wylądowałam. Nie sprawuję ważnej funkcji w międzynarodowej korporacji, tylko buduję swoje własne projekty i projekciki biznesowe, z których jedne ponoszą sromotną porażkę, a inne mile zaskakują sukcesem. I choć cały okres studiów usilnie się przygotowywałam do błyskotliwej, międzynarodowej kariery, to chyba los jednak lepiej dla mnie wybrał wiedząc, że moja natura kochająca wolność by nie długo nie przetrwała w innych warunkach. Nie błyszczę na salonach, nie jeżdżę co kwartał na drogie wycieczki, nie jadam kolacji z bardzo ważnymi personami w wykwintnych restauracjach. I choć bardzo lubiłam życie towarzyskie, to obecnie większość czasu spędzam z dziećmi, z Tobą, z rodziną i sąsiadami. Piekę ciasta, pilnuję, aby nasze domowe zacisze, było ciepłe i przytulne. Gdybyś na początku naszej znajomości przedstawił mi taką perspektywę na wspólne życie, z pewnością bym uciekła szybciej niż zdążyłbyś dokończyć myśl. Dziś wiem, że nie zamieniłabym tego życia na żadne inne.  Dziękuję Ci za to, że jestem szczęśliwsza niż kiedykolwiek.

Podświadomie zawsze chciałam mieć rodzinę – wspaniałego męża i dzieci i to zawsze mi przyświecało przy podejmowaniu ważnych, życiowych decyzji. Zaufałam Ci, wierząc, że to właśnie Ty będziesz moim wymarzonym mężem, z którym zbuduję trwały, pełen miłości i szacunku związek w którym przyjdą na świat nasze szczęśliwe dzieci. Z perspektywy czasu nie żałuję absolutnie niczego – każda decyzja była najlepsza na dany czas i okoliczność i budowała sekwencję długotrwałych, pozytywnych trendów. I choć momentami wydawało się, że „wszystko źle”, że „nie ma szans”, że „czas się pożegnać” to ta tak często trudna w wydobyciu cierpliwość pokazywała horyzont dobrych efektów z podejmowanych działań, okupionych wcześniej sporymi emocjami. Nasza miłość dodawała nam sił w tych szczególnych momentach i dzięki niej oraz wsparciu naszych najbliższych jesteśmy tu gdzie teraz. Cieszę się, że na przestrzeni tych kilku lat czułam kiedy zacięcie o coś walczyć, kiedy odpuścić, a kiedy pójść na kompromis.

Bo małżeństwo to kompromisy, to myślenie o nas, a nie o sobie, czy wyłącznie o potrzebach drugiej strony. Kiedy składałeś mi co jakiś czas życiowe propozycje przeprowadzek i zmiany stylu życia, początkowo wydawało mi się, że robisz to tylko po to, aby Tobie było łatwiej, a ja jestem na drugim planie. Dlatego też tak zacięcie walczyłam o swój wyimaginowany lepszy świat, o złudne szczęście za granicą, czy po prostu już o status quo w Krakowie. Nie dałeś za wygraną – wiedziałeś, że może dla mnie będzie to chwilowo coś fajnego, ale nie dla Ciebie, nie dal nas. O ironio, z perspektywy widzę, że to właśnie ja myślałam tylko o sobie, a Twoje życie chciałam przyporządkować mojemu. Dziękuję Ci za wytrwałość i konsekwencję w nauczeniu mnie kompromisów.

Dziękuję Ci za to, że choć to niemodne, staroświeckie, czy szowinistyczne to pokazałeś mi jak ważny w byciu razem jest podział ról. Ja jako kobieta, żona i matka – opiekunka naszego domowego ogniska, dawczyni życia dla naszych dzieci, Twoja ozdoba – piękna, dzielna i szlachetna. Ty jako mężczyzna, mąż i ojciec – odpowiedzialny za stworzenie domu, zapewnienie mu bezpieczeństwa, moja silna a za razem troskliwa ostoja w różnych kolejach losu. Dziś czuję, że choć tak bardzo wyśmiewane i zwalczane, te role są w nas wbudowane, są biologicznie zaprogramowane, rezonują z życiem mężczyzny i kobiety. Wyrzekając się ich, chcąc wejść w nieswoją rolę, zagarnąć ją i traktować jak swoją możemy stać się jak ci aktorzy w teatrze greckim, którzy chcąc odgrywać kobiece role, zakładali maski. A maska jak wiemy jest bez emocji, nie jest prawdziwą twarzą, jest nakładką, która nigdy nie będzie częścią naszej natury. Maska jest złudna, a pod maską zawsze kryje się coś innego. Z maskami nigdy nie zbudowalibyśmy tego co obecnie.

Fundamentem naszego wspólnego życia jest Stwórca, przed którym przyrzekliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Codziennie dziękuję mu za Ciebie, za nasze dzieci, za to gdzie i kim obecnie jesteśmy. Dziękuję mu za dar wiary w naszą miłość od samego początku, za nadzieję na dobrą i szczęśliwą przyszłość,  i za intuicję, która zawsze wygrywała potyczkę z ego w kluczowych dla nas momentach. I choć wiem, że los płata różne figle (patrz: Chwytaj póki możesz) to cieszę się z każdego dnia, doceniam każde najmniejsze szczegóły.

Dziękuję Ci, że jesteś i za to kim ja się stałam dzięki Tobie.  ♡ ♡ ♡