Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma” – jakże to proste i wymowne przysłowie. W życiu często nie jest tak jak sobie wymarzymy. Zmiany pojawiają się jak w kalejdoskopie. Plan jeden po drugim idzie w łeb. Z perspektywy świeżego zdarzenia, czujemy, że ponosimy porażkę, jednak dystans czasowy pokazuje jak wielki to zdarzenie miało sens w historii naszego życia. Ażeby poczuć ten smak zwycięstwa pomimo drobnych porażek przy okazji ponoszonych, trzeba wiedzieć, że każdy trumf ma swoje ofiary. I muszą one być ponoszone – taka jest kolej rzeczy. Istotne przy tym jest jednak to, ażeby zbyt długo nie tkwić w pozornym niepowodzeniu. Nie rozpamiętywać go, nie rekonstruować go raz po raz, nie wyżywać się na nim. Co się wydarzyło, takie miało być – trzeba wyciągnąć z tego lekcję, schować do swojego podręcznego bagażu doświadczeń i iść naprzód. To co się stało, już się nie odstanie. Decyzja, którą podjęliśmy była najlepsza na dany czas, przy danym zasobie wiedzy i okolicznościach. Sokrates kiedyś powiedział:

Cokolwiek wybierzesz i tak będziesz żałował.

 

W obliczu tego, jesteśmy jak bohaterowie tragedii greckiej – i tak źle, i tak niedobrze. Nie ma więc co rozpatrywać życia na takiej płaszczyźnie, bo można stać się malkontentem, albo wpaść w ciężką depresję.

Dlatego starajmy się lubić to co mamy, to życie, którym żyjemy własnie teraz. Bez pretensji, bez żalu, bez wypominań. Dziękujmy za to co dobrego nas spotkało, a z pewnością było tego niemało. Tym bardziej dziękujmy im bardziej czujemy się słabi, zalęknieni, czy przygnębieni. To naprawdę wspaniała auto-terapia. Można zobaczyć bowiem z perspektywy czasu nieuchronność podejmowanych wcześniej decyzji i tego, że były one najlepsze z wówczas możliwych. Szczerze dziękując możemy poczuć się lżejsi, szczęśliwsi. Nie musimy dziękować osobiście i głośno – możemy dziękować w myślach lub pisząc. Ja osobiście preferuję pisać, gdyż pozwala mi to uporządkować myśli i wrócić do tekstu celem ugaszenia w zalążku jakiś nowych-starych, niepożądanych myśli.

Mój stan ducha i emocji, który mogłabym określić jako coraz bardziej stabilny, aspirujący do błogiego :) od czasu do czasu jest wytrącany z balansu. Takie jest życie (pisałam o tym tutaj). Każde wahnięcie jest ważną lekcją i dobrym doświadczeniem. Bez tego bylibyśmy jak jogini w jaskiniach, medytujący całe życie z zamkniętymi oczami (niektórzy też ponoć nie jedzą i nie piją!). Ważne, żeby nie wytrącać się za bardzo i nie na długo. Ważne, żeby móc rozpoznać kiedy tracimy właśnie równowagę i potrafić w odpowiednim czasie wrócić na miejsce.

W moim niedawno opublikowanym wpisie (Kochany mężu, dziękuję Ci!) praktykowałam taką własną auto-terapię. W tym czasie bowiem byłam lekko podłamana. Córeczka chora na szkarlatynę, ja dostałam anginę, synek ząbkował – zapowiadało się bite 2-3 tygodnie siedzenia w domu. Perspektywa mnie przerażała. Wszyscy siedzieliśmy w we własnym sosie, a mąż sobie wychodził do pracy i miał z nas wszystkich najlepiej. Miałam do niego nieuzasadniony bliżej żal, że ja z tym wszystkim zostaję, że sobie nie mogę spokojnie pochorować. Bałam się o 5-miesięcznego synka, żeby się od nas nie zaraził. Martwiłam się o córeczkę, choć bardzo dzielnie wszystko znosiła.

Przy okazji surfując w sieci widziałam zadowolone koleżanki wrzucające fotki z wypadów na narty, imprez firmowych i innych radosnych wydarzeń z życia. Spuszczając nieśmiało głowę zobaczyłam swoje domowe dresy i trochę brzuszka po ostatniej ciąży. Makijażu moja twarz nie widziała dobre kilka dni, a włosy wołały o pomstę do nieba. Choć w domu miałam pomoc, która przygotowywała obiad i zajmowała się córeczką, to i tak byłam zdemotywowana i rozleniwiona do robienia czegokolwiek. Pojawiały się też wyrzuty sumienia, że jak tak mogę narzekać, skoro mam wszystko i że to ciężki grzech – jakby to moja mama określiła. I znów przewinął się też wątek męża – „temu to dobrze, wyjdzie na kilka godzin z domu, a ja muszę siedzieć – co za sprawiedliwość!Dywagując tak nad swoim „marnym” losem,  przeszłam na wyższy poziom tj. zastanawiania się nad wyborami życiowymi i „co by było gdyby i popełniłam ostatecznie wpis dziękczynny ku czci męża!

Zdałam sobie wówczas sprawę z tego, że wszystkie kluczowe decyzje, które podjęłam w przeszłości były najlepsze i niczego jednak nie żałuję. Że cieszę, się z tego gdzie obecnie jestem i choć początek roku nie rozpieszcza to przecież po każdej burzy świeci słońce! Lubię to co obecnie mam i jak żyję, choć marzenia z dalekiej przeszłości były trochę inne. Ale czy ich realizacja by mnie uszczęśliwiała? To pytanie zostawiam otwarte, bo… kto to wie? Póki co wiem, że wybrałam miłość – miłość do męża i do dzieci, którym daję swój czas i serce każdego dnia.

Jeśli w szukaniu Bożej mądrości
Ufać Świętemu Augustynowi
Miłość – to wybór drogi miłości
I wierność wyborowi.