Artykuły i dyskusje o szczepieniach zawsze wzbudzają mnóstwo kontrowersji. Oburzają się szczepiący na nieszczepiących, że są nieodpowiedzialni i przez nich wyginie gatunek ludzki. Denerwują się nieszczepiący na szczepiących, że ci z kolei bezmyślnie poddają swoje dzieci eksperymentom medycznym, których skutki mogą być widoczne w krótkim, średnim lub długim okresie. Te dwie grupy przepychają się argumentami „za” i „przeciw” nierzadko kończąc dyskusję wyzwiskami i przenosząc ją na poziom personalny. Każdy zostaje przy swoim, bo w takich warunkach nie da się na chłodno i z dystansem ocenić kto ma rację. Grupy aspirujące do poznania rzetelnych faktów o szczepieniach są bardziej grupami wsparcia osób nieszczepiących oraz lożami szyderców osób szczepiących, utwierdzając się nawzajem w przekonaniu, że mają rację. Mało kto kwapi się do poznania prawdy i prowadzenia dyskusji bez emocji, na poziomie.  Osoba poszukująca lepiej niech nie czyta na początku komentarzy i zażartych dyskusji pro- i anty- wacków jeżeli nie chce przyprawić się o zawrót głowy i poczucie bezradności. Osoby poszukujące niech na spokojnie zaglądną do źródeł merytorycznie traktujących wszelkie „za” i „przeciw” i w tym gąszczu argumentów po prostu POCZUJĄ co jest najlepsze dla ich dziecka. W tym temacie bowiem próżno posługiwać się wyłącznie logiką i racjonalną analizą, ponieważ:

a. Nie mamy i nigdy nie będziemy mieć pełnej wiedzy w tym temacie; wiele badań, raportów, artykułów popełniono o szczepieniach w różnych językach, o różnych poziomach dofinansowania, mniej lub bardziej popularnych – nie sposób przez to wszystko przejść, no chyba, że mamy wiele żyć i zdolność szybkiego czytania, zapamiętywania i kojarzenia faktów. :)

b. Na wszystkie mądrze brzmiące argumenty  „za” znajdziemy tyleż samo „przeciw” i wśród przeciwników też znajdziemy osoby z tytułami naukowymi, lekarzy, ludzi z branży.

c. Zbyt dużo autorytetów i „autorytetów” manipuluje informacjami, faktami; związki przyczynowo-skutkowe są wielokrotnie wysysane z palców obydwu grup. Słowa osób w białych fartuchach czasami brzmią jak bełkot, a zwykłych rodziców jak konkret, a jest i też oczywiście na odwrót. Trzeba zachować czujność i nie oceniać… po wyglądzie. ;)

d. Nie ma oficjalnych i obiektywnych badań porównujących dzieci szczepione do nieszczepionych i ich kondycję zdrowotną w krótkim, średnim i długim okresie. To jest najbardziej problematyczna kwestia dla powątpiewających rodziców, a dla środowisk medycznych nieetyczna i niemożliwa do przeprowadzenia. Niektóre źródła podają, że dzieci nieszczepione są zdrowsze i mają lepiej wykształcony układ odpornościowy, że ich organizm nie jest „zaśmiecony” konserwantami ze szczepionek i że lepiej sobie radzi z infekcjami. Z drugiej strony dzieci szczepione mniej chorują na choroby zakaźne, na które zostały zaszczepione – np. krztusiec, czy odra.

e. Zbyt dużo mówi się o „odporności zbiorowej”, populacji, przetrwaniu gatunku, a nie o konkretnym dziecku i jego indywidualnych predyspozycjach i potrzebach. Z jednej strony dziecko udające się do szczepienia musi być zdrowe, z drugiej szczepione są w naszym kraju noworodki w pierwszej dobie życia, w tym samym czasie w którym pobierana jest od nich krew na badania przesiewowe pod kątem chorób i wad wrodzonych. Szykanuje się dzieci nieszczepione wmawiając ich rodzicom, że stanowią źródło zakażenia dla dzieci szczepionych. Z kolei dzieci szczepione również mogą być źródłem zakażenia dla innych po szczepionkach na polio, czy krztusiec.

f. Każda z grup prześciga się w straszeniu zatroskanych rodziców. Straszy się chorobami (a właściwie i przede wszystkim powikłaniami po tych chorobach), epidemiami lub NOP’ami (niepożądanymi odczynami poszczepiennymi). O wiele mniej się mówi o tym, że większość chorób, na które się szczepi ma bezobjawowy przebieg lub przebieg w postaci zwykłych przeziębień (np. w przypadku polio 96% infekcji przebiega bezobjawowo lub ma postać zwykłego przeziębienia), że dzieci dobrze odżywione (przede wszystkim karmione piersią w pierwszych miesiącach życia), z dobrą odpornością, wychowywane w czystych, higienicznych warunkach (tylko bez przesady) nigdy tych chorób nie „złapią”, lub przejdą je bezobjawowo, czy w postaci lekkiego przeziębienia. Nie mówi się o tym, że 95% przypadków zakażenia WZW B kończy się samoistnym wyleczeniem, że prawdopodobieństwo zachorowania na na tężec jest praktycznie równe zeru (warto się dowiedzieć dlaczego). Wiele zgłaszanych NOP’ów również z pewnością nie ma związku ze szczepieniami, bo bardzo trudno jest to udowodnić.

g. Kalendarze szczepień w są różne w poszczególnych państwach, w wielu szczepienia nie są obowiązkowe, w wielu istnieją fundusze na pokrywanie kosztów odszkodowań dla pokrzywdzonych przez szczepienia dzieci, w znacznej liczbie krajów nie szczepi się w pierwszej dobie, nie szczepi się w ogóle na niektóre choroby (np. na gruźlicę nie szczepią w Austrii, Dani, czy Belgii), dostępne szczepionki na te same choroby różną się między sobą składem  – te rozbieżności rodzą pytania i wątpliwości

h. I ostatnie zagadnienie jest związane związane ze skutecznością szczepień na przestrzeni lat; czy w eradykacji wielu chorób zakaźnych, które szalały za czasów naszych babć i prababć pomogły bardziej szczepionki, czy może wzrastający dobrobyt społeczny po niespokojnych czasach wojny, lepszy dostęp do żywności, lepsze warunki higieniczne. Wnikliwy rodzic znajdzie z pewnością wiele statystyk pokazujących zachorowalność i śmiertelność ludzi na przestrzeni lat na określone choroby. I tutaj też trzeba być wrażliwym na „kruczki”; wykresy zwolenników szczepień i przeciwników mogą się różnić tym, że ta druga grupa prezentuje szerszy zakres czasowy (zwykle od 1900 roku), który lepiej uwidacznia trendy. Zagadnieniem, które warto również wziąć pod uwagę to syndrom „drugiego dna” – czy w przypadku faktycznego, skutecznego działania szczepionek eradykacja jednych wirusów i bakterii nie prowadzi do ich mutacji, odpornych na obecne szczepionki? Lub czy nasz układ odpornościowy, który zostaje niejako początkowo „oszukany” przez szczepienia (poprzez bezpośredni zastrzyk do krwiobiegu z pominięciem naturalnych barier takich jak skóra, czy błony śluzowe) nie „zemści” się na nas w przyszłości innymi, trudnymi do zdiagnozowania i wyleczenia, chronicznymi dolegliwościami?

Tak więc z jednej strony warto czytać, dokształcać się w tym temacie, nie przejmować się niektórymi lekarzami, którzy sfrustrowani i z wybujałym ego przemawiają do nieświadomych rodziców ex-cathedra, że Trzeba szczepić i basta, Proszę nie czytać bzdur w internecie, czy Pan/i nie jest lekarzem (jakże wielu rodziców uspakajają jednak te słowa, którzy nimi rozleniwieni w błogiej nieświadomości prowadzą swoje pociechy na kolejne szczepienia). Z drugiej strony też trzeba użyć zdrowego rozsądku i rodzicielskiej intuicji w aspekcie własnego dziecka. To w końcu my jesteśmy rodzicami i jesteśmy odpowiedzialni za nasze maluchy, a nie państwo, dla którego obywatel to w głównej mierze PESEL i podatnik. W poszukiwaniach warto zachować obiektywizm,  mieć otwartą głowę i nie mieć gotowej hipotezy, którą chce się udowodnić, jakikolwiek stosunek do szczepień miało się wcześniej.

Jestem zdania, że jeżeli są przesłanki do tego, że bezpieczeństwo, zdrowie i życie mojego dziecka może ucierpieć na jakimkolwiek zabiegu medycznym (zabiegiem takim jest również szczepienie) to sprawdzam wszystko 100 razy zanim oddam malucha w ręce służby zdrowia i ich procedur. Wiadomo, potrzeba na to wolnego czasu, który przy pracy zawodowej, małych dzieciach i obowiązkach domowych jest dobrem luksusowym. Na szali mamy jednak zdrowie naszego najcenniejszego skarbu, więc warto zrezygnować z kilku seriali, pójść później spać, lub wcześniej wstać i zdobywać wiedzę. A może mamy czas, tylko nam się po prostu nie chce i  łatwiej zaufać autorytetom, a później z wielkim zacięciem bronić swojej niedoinformowanej decyzji wyzwiskami i wyszydzaniem wszystkich innych, którzy robią inaczej? A ile razy w historii ludzkości autorytety się myliły? Jeżeli na szali mamy zdrowie i całe życie naszego dziecka ufajmy tylko sobie, a autorytety traktujmy jako doradców, z których porad możemy skorzystać bądź nie.  Warunek jest jednak jeden – musimy się sami dokształcać i … z pokorą słuchać naszej rodzicielskiej intuicji. Jeżeli chcemy na siebie wziąć tak dużą odpowiedzialność to nie bądźmy ignorantami i pyszałkami. Temat jest zbyt obszerny, problematyka zbyt złożona, żeby udawać lub rzeczywiście myśleć że pozjadało się wszystkie rozumy.

Życzę każdemu rodzicowi owocnych poszukiwań, cierpliwości i wytrwałości, trafnych wniosków i odpowiedzialnych decyzji.

Uwagi: Artykuł nie stanowi porady lekarskiej.