Czasami się poddaję. Czasami mam ochotę zamknąć na dobre komputer, komórkę, wypisać się z mediów społecznościowych, wyłączyć radio, nie czytać gazet. Pierwszy krok już zrobiłam – od ponad 6 lat nie mam telewizora. Cisza w domu bez reklam w tle, czy podekscytowanego głosu pana z TVN24, początkowo nieswoja – stała się wkrótce błogosławieństwem. Jednak nie jest tak trudne wyrzucenie, skasowanie, fizyczne usunięcie przyczyny, jak zmiana do niej własnego nastawienia. Nóż może służyć do ukrojenia kawałka chleba dla głodnego, ale może też zranić niewinną osobę. Wszystko zależy od użytkującego, od jego intencji. Dlatego też z poprzedniego mieszkania w Krakowie telewizora nie wyrzuciłam do śmietnika, tylko zrezygnowałam z abonamentu. Tym sposobem moja piękna, jakże nowoczesna plazma służyła jako wyświetlacz różnych gustownych obrazów znanych impresjonistów przy wtórze muzyki fortepianowej. Opcja była wbudowana w funkcje tego sprzętu, więc jakby na to nie patrzeć – telewizor nie był zły. ;)

Jednak przy urządzaniu nowego mieszkania już w innym mieście, wolałam powiesić na ścianie prawdziwe obrazki i puścić muzykę z radia niż inwestować w „plazmę.” I tak to odcięłam się od nawyku ciągle włączonego gdzieś w tle telewizora, bezsensownego przerzucania programów, emocjonowania się wszelkimi komunikatami, czy notorycznego podirytowania wynikającego z zakłócających filmy reklam. O ile więcej czasu pojawiło się na wieczorne rozmowy, czytanie książek, czy inne bardziej rozwojowe aktywności. Naprawdę same plusy! Komputer, komórka, radio, gazety dostarczały mi ciągle mnóstwo informacji, ale nadal czuję ich przesyt.

Nadmiar informacji, brak czasu na ich weryfikacje w czasie rzeczywistym przyprawiają mnie niekiedy o frustrację. Frustrację wynikającą zarówno z treści przekazu, związaną z brakiem wpływu na to co zostało zakomunikowane oraz frustrację na siebie, że dałam się kolejny raz „złapać”, coś pozyskało moje zainteresowanie, a później zostawiło mnie z poczuciem straconego czasu.  Najwięcej tego doświadczam wchodząc na facebooka, gdzie ze wszystkich stron „atakują” mnie przeróżne treści, które tak bardzo rozjuszają i dzielą tę aktywną społeczność.  Począwszy od wyborów prezydenckich, parlamentarnych, szczepień, zdrowego odżywiania, a kończąc na uchodźcach i karmieniu piersią. A grupy mam to dopiero gniazdko os! :) Każdy ma swoją opinię, niektórzy chcą przekonać innych do swojego zdania, a jeszcze inni robią to w bardzo niefajny sposób wyładowując się personalnie na oponentach.

W zbiorowym komentowaniu treści wszelakich  mamy bowiem ludzi różnej maści – jedni w ogóle nie czytają tego co komentują tylko posiłkują się hasłem z nagłówka z którym mniej lub bardziej siarczyście polemizują. Jeszcze inni czytają – ale niestety nie ze zrozumieniem. Kolejna grupa komentatorów to dyżurni hejterzy – choć lubią dany fanpage to hejtują wszystko co na nim się pojawi (np. onet, mamadu). Są też tacy co czują, że mają monopol na rację i z pogardą odnoszą się do współrozmówców mających inne zdanie. Są też tacy, co przebijają się z wartościową i kulturalną wypowiedzią, ale jak dla mnie jest to i tak kropla miodu w beczce dziegciu. Jeżeli ktoś powie „Tak, jestem za przyjmowaniem uchodźców, ALE” – to już jest szufladkowany jako oponent, już jest szykanowany przez zwolenników przyjmowania tych osób. Nie dadzą się człowiekowi wypowiedzieć do końca, albo nie rozumieją kontekstu jego wypowiedzi. Czasami ręce opadają. Mój ulubiony satyryk i pisarz Mark Twain powiedział:

Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydawać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości.

 

Wrażenie i odczucia po dawce takich informacji i opinii są przeważnie negatywne. I nie chodzi tu tylko o treść informacji, które w rzeczy samej w większości są negatywne (ktoś umarł, jakiś wypadek się wydarzył, wybuchła epidemia itp.), ale również o notoryczne przepychanki słowne tuż pod nią. Musze przyznać, że przez pewien czas dość się emocjonowałam tym wszystkim. Nie mogłam pojąć, że tak wielu dorosłych ludzi nie może (nie potrafi? odsyłam do wpisu: wymarzona edukacja) ze sobą kulturalnie i merytorycznie rozmawiać.  Rwą z kontekstu, hejtują, wymądrzają się – zero pokory, empatii, kultury. Każdy chce się wypowiedzieć, potwierdzić swoją rację, a nie wysłuchać innej strony, może jakoś dzięki temu czegoś się nauczyć, zmodyfikować swoje poglądy.

Denerwowałam się też tym co się w naszym świecie wyprawia (wojny, choroby), że nagle jakoś na mojej tablicy na facebooku pokazywało się coraz więcej apeli o pomoc śmiertelnie chorym dzieciom, wobec których nie mogłam przejść obojętnie. W końcu te emocje przeradzały się w strach i lęk o najbliższych – czy w Polsce też będzie wojna, czy już planować ucieczkę w razie czego, czy może dopadną nas jakieś zakaźne choroby, które grasują tuż za naszą granicą. Naprawdę szło zwariować momentami. Sama siebie nie poznawałam. Wpadałam w jakąś bliżej nieokreśloną spiralę strachu, która uzależniała poczuciem bycia złudnie doinformowanej i odpowiedzialnej osoby. Płakałam, kiedy dowiedziałam się o śmierci dziewczynki, której rodzice urządzali zbiórkę wśród internautów, i którą też wspierałam w walce z chorobą, z którą to niestety przegrała walkę. Opanowywało mnie zrezygnowanie i niemoc widząc zaprzeczające sobie informacje sięgające wręcz absurdu w zdawałoby się poważanych źródłach (np. że karmienie piersią jest przereklamowane, albo wręcz niezdrowe!) i sygnowanych nazwiskami ludzi nauki.

Ten szalony okres lęków, frustracji i ogólnie słabych emocji trwał kilka dobrych miesięcy, aż do momentu kiedy całkiem niedawno na mojej drodze spotkałam fantastycznego człowieka.  Powiedział mi, że 99% rzeczy, którymi się zamartwiamy w ogóle się w życiu nie wydarzy. Powiedział mi też, że naszymi skrajnymi emocjami (lękiem, ale też euforią) ktoś lub coś się… „karmi” – jest do dla tego czegoś pożywka, źródło energii. Że każda rzecz i zjawisko ma swoje dwie strony, na których znajdziemy ich zwolenników i przeciwników i ta lina zawsze będzie przeciągana i napięta.  Jedni i drudzy walczą o swoją rację, a sztuka polega na tym, aby nie dać się wciągnąć w te przepychanki.  Jeżeli mamy swoje zdanie, wypowiadajmy się tylko wówczas kiedy rozmówca i pytający pragnie się czegoś dowiedzieć, a nie kiedy chce nam udowodnić, że się mylimy.

Nie warto więc wchodzić w dyskusje, tam gdzie widzimy, że się „pali”. Nie podsycajmy emocji i sami nie dajmy się wyprowadzić z błogiej równowagi z domieszką większej czujności. Bez skrajnych emocji bowiem jesteśmy bardziej uważni, więcej widzimy, mamy bogatsze doświadczenia. Niech ta nasza sinusoida emocjonalna nie odchyla się zbyt od tej prostej naszego życia. Wówczas można być prawdziwie szczęśliwym, żyć pełnią życia, łapać chwile i bardziej się nimi zachwycać. Zrozumiałam, że całe życie błędnie pojmowałam definicję szczęścia. Przypisywałam mu bowiem właśnie skrajną emocję euforii, radości, wirujące endorfiny. Tak naprawdę szczęście jest prawie bez-emocjonalne (piszę prawie, żeby i tu nie wpaść w skrajność ;) – to stan swego rodzaju nieważkości, poczucia stabilności na tej naszej linie życia pomimo silnych wiatrów wiejących z jednej i drugiej strony. To umiejętność lekkiego wychylania się w jedną i drugą stronę z szybkim powrotem do „pionu”. Dzięki temu wyostrza się nam widok tego co jest przed nami, nigdy go nie stracimy ze wzroku.

Mądrzejsza o tę rozmowę, postanowiłam że ograniczę swoje „przebywanie” na facebooku (dziennie wchodziłam tam na ok 30 min, obecnie dążę do max. 15). Mam też inne nastawienie do migających zajawek informacji, czy innych treści. Chętnie czytam rzeczy, z którymi jest mi po drodze, ale jeszcze chętniej tematy, które mogą moją wiedzę uzupełnić, czy podważyć. Czuję jednak co jest warte mojego czasu i uwagi, a co może okazać się nic nie wnoszącym w życie gniotem. :) Godzę się z tym, że świat jest niesprawiedliwy, że ludzie cierpią i że ja sama go nie zmienię. Jednak na ile mogę sobie pozwolić na pomoc temu światu – to to robię,  a resztę zostawiam Opatrzności: „bądź wola Twoja” – w końcu nie na próżno wypowiadamy te znamienne słowa. Dodają mi one tak potrzebnego spokoju.

W NLP jest taka technika o nazwie „przeramowanie„, czyli nadanie innych ram określonemu zachowaniu. Ja i Ty możemy temu samemu nadać całkiem inną interpretację i stosownie do tej interpretacji się zachowywać. Zamiast usuwać konto z facebooka, wyrzucić smartfona, tablet, czy laptopa, albo w ogóle odpiąć się od sieci lepiej zmienić myślenie, co też zamierzam zrobić w ramach mojego pierwszego wyzwania na rok 2016.

WYZWANIE #1:  BALANS

 

Quotefancy-779-3840x2160