Obudziło mnie głośne krakanie wrony. Niemrawo otworzyłam powieki i przez chwilę mrużyłam je w ulubiony dla siebie sposób – patrząc przez rzęsy. Kiedy zauważyłam widmo tęczowych kolorów, szybko otworzyłam oczy i ku mojemu zdumieniu ukazał mi się piękny, jeszcze dość wczesny zachód słońca. Na lazurowym niebie gdzieniegdzie można było zauważyć chmury oraz poprzecinany błękit smugami samolotów. Wrona nadal krakała, a ja nie wiedziałam gdzie jestem. Siedziałam w seledynowym rozkładanym fotelu na przestronnym, wyłożonym egzotycznym drewnie tarasie. Nie było mi ani ciepło, ani zimno – było mi wprost idealnie. Podbiegłam do poręczy skąd rozpościerał się widok na soczystą zieleń, zalew oraz nieznane mi miasto. Szybko spojrzałam na siebie – „Co to, sukienka? Przecież ja chodzę tylko w spodniach! Co się tutaj dzieje i gdzie ja jestem?!

Czułam się zdezorientowana i ogarnął mnie strach połączony z dreszczykiem ekscytacji. – „Oho, ale przygoda, albo super sen!” – pomyślałam. Wbiegłam do mieszkania i zaczęłam się rozglądać za domownikami. – „Halo, jest tu kto?” – zawołałam. Bez odpowiedzi. Nieśmiało przesuwałam wzrok po pokoju. Był urządzony tak jak chciałam, żeby wyglądał mój przyszły, wymarzony dom  – drewniana dębowa podłoga, bordowe skórzane sofy, mnóstwo zieleni, meble z akacji indyjskiej. W powietrzu unosiła się przyjemna woń nieznanego mi zapachu olejku eterycznego, a w tle cicho rozbrzmiewały dźwięki spokojnej muzyki. W kącie stało bordowe, lśniące lakierowane pianino, a na nim starannie poukładane nuty. Otworzyłam klapę, zaglądnęłam do nut i … – „Przecież to są utwory, które i ja kiedyś grałam!” – prawie wykrzyknęłam z podekscytowania. Zagrałam pierwsze takty Sonaty Beethovena i poczułam się urzeczona dźwięcznym tonem tego cudownego instrumentu. Jakże dawno nie grałam!

Nagle poderwałam się na równe nogi. Z innego pomieszczenia dobiegał jakiś bliżej nieokreślony dźwięk. Pobiegłam pośpiesznie w jego stronę i trafiłam do białej, stylizowanej na angielską przytulnej kuchni. Na blacie stało urządzenie, które sygnalizowało zakończenie gotowania, a obok tego wynalazku karteczka:Proszę Pani, obiad gotowy – dziś rybka po grecku z puree brokułowym, w lodówce jest sałatka i świeżo wyciskany sok; a ten obok w szklance to dla Pani na poprawę wyników hemoglobiny. W piekarniku ciasto na mące jaglanej z wiśniami. Smacznego i do jutra! :)„. Zrobiłam się bardzo głodna. W kuchni bajecznie pachniało opisywanymi potrawami. Uszczknęłam kawałeczek ryby – smakowała jak w rzeczywistości. Niewiarygodne.

Moja dotychczasowa dieta składała się głównie z jednoskładnikowych kanapek, makaronów z gotowymi sosami oraz płatków z mlekiem UHT. To wszystko odpowiednio na śniadanie, obiad i kolację. Cóż, życie studenckie nie rozpieszczało. Nigdy zresztą nie miałam czasu na przygotowywanie sobie innych posiłków, uważałam to za stratę czasu. Na gotowce z restauracji, czy z barów nie było mnie stać – miałam kredyt studencki, dorywczą pracę i minimalne wsparcie finansowe od rodziców, którzy utrzymywali jeszcze trójkę rodzeństwa. Byłam jednak bardzo zdeterminowana do tego, aby w przyszłości moje życie wyglądało inaczej. W każdą wakacyjną przerwę między poszczególnymi latami studiów odbywałam praktyki, staże, brałam udział w konkursach, warsztatach, przewodziłam organizacji studenckiej i wyrabiałam w sobie praktyczne umiejętności. Teoria nigdy mnie zbyt nie pociągała, no chyba, że chodziło o zajęcia z filozofii, które bardzo lubiłam. „Nigdy nie pozwól twojej szkole stanąć na drodze twojej edukacji” – mawiał Twain i jakże się z nim zgadzałam!

Gdzieś nagle trzasnęły drzwi. Wzdrygnęłam się i z bijącym sercem udałam się w kierunku odgłosu. Minęłam salon z biblioteką, w której regał z książkami sięgał aż do sufitu, a wzdłuż niego po jednej stronie wisiały na kabelku zapalone lampki w kształcie szyszek. „Nie ma telewizora? Dziwni ludzie” – pomyślałam. Idąc krótkim korytarzem zobaczyłam 3 zamknięte drzwi. Białe, drewniane z delikatnym ornamentem u dołu przedstawiającym paproć. Na drzwiach wisiały drewniane tabliczki w kształcie serca, na których widniały napisy odpowiednio: „Toilet” i „Baby’s room”, trzecie drzwi nie były podpisane i tam weszłam cicho do środka. Nagle poczułam się jak w bajce. Znajdowałam się w sypialni, w której pudrowy róż ścian gustowanie współgrał z bielą mebli. Na łóżku z jasno-popielatym zagłówkiem rozłożona była narzuta w kolorach tęczy z miękkimi poduszkami, a nad łóżkiem wisiał obraz baśniowej chatki nad morzem. Zamknęłam okno, które zdawało się być przyczyną przeciągu i zatrzaśnięcia drzwi.

Pomieszczenie dopełniały dekoracje, kwiaty i fotografie, którym zaczęłam się bacznie przyglądać, po czym znieruchomiałam. Serce biło mi jeszcze mocniej. – „Co u licha!” – pomyślałam. „Co się tu dzieje! Albo to jakiś żart, albo bardzo realistyczny sen!„. Na fotografiach przedstawiona była rodzina – on, ona i mała dziewczynka. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie to, że tą kobietą z fotografii byłam ja, a mężczyzną pewien znajomy którego kiedyś poznałam na dyskotece w moim mieście gdy miałam 17 lat. Ot. przelotna znajomość, potańczyliśmy chwilę, pogadaliśmy i tyle. Później wyjechałam na studia, a on z tego co słyszałam został w rodzinnym mieście i rozwijał swój biznes. W życiu bym nie przypuszczała, że mógłby to być mój partner lub mąż. Ja, przebojowa, światowa z determinacją do zrobienia błyskotliwej, międzynarodowej kariery miałam przecież mieć kogoś…  bliżej niezdefiniowanego, ale z „zagranicy”,  a nie z mojego prowincjonalnego rodzinnego miasta.  Na zdjęciach jednak wyglądaliśmy na bardzo szczęśliwych, a córeczka była prześliczna! Nagle poczułam niby to wiercenie, czy kopania w moim brzuchu, spojrzałam do lustra, które stało nieopodal i zobaczyłam trochę starszą wersję siebie, włosy te same, ale twarz jakby już inna – poważniejsza, sylwetka nawet ok, ale jakoś dziwnie zaokrąglony brzuch, trochę nieproporcjonalnie – „Aaaaa, w ciąży jestem!” – wykrzyknęłam i osunęłam się na tęczowe łoże.

 *  *  *  *

Budziłam się powoli, do końca nie wiedząc co się dzieje. Nie otwierałam oczu, nie potrafiłam rozróżnić snu od rzeczywistości. Gdzie się tym razem obudzę – w moim mikro-pokoju na stancji, czy znów w tym dziwnym, acz pięknym miejscu? Powoli budziły się logiczne myśli, ale oczy miałam wciąż zamknięte. Bałam się je otworzyć, a z drugiej strony byłam bardzo ciekawa. Otwarcie oczu wymusiły na mnie jednak delikatne podskoki w brzuchu, a zaraz po tym silne kopnięcie w plecy. Tak, to moja 2,5- roczna córeczka sygnalizowała, że już pora zmienić pozycję na pionową, a synek pod sercem, który lada dzień miał przyjść na świat dostał czkawki. Patrząc się na tę rozczochraną dziewczynkę, wtuloną w ramiona taty i przebierającą stópkami, poczułam jak ogarnia mnie miłość, szczęście i wdzięczność. Leżąc tak na tym tęczowym łóżku dziękowałam Bogu za to co wydarzyło się w moim życiu w ciągu ostatnich 10 lat.  Gdyby ktoś mi wówczas powiedział, że tak będzie wyglądać moje życie – nie uwierzyłabym. To była bardzo dziwna noc.

Zastanów się co działo się u Ciebie 10 lat temu, jak wówczas myśla/ełaś, jak wyobraża/ełaś siebie w przyszłości, za co jesteś wdzięczna/y, komu chciał/abyś podziękować? Czy uwierzył/abyś w swoje obecne życie, gdyby ktoś tam Cię na chwilę przeniósł 10 lat temu? :)