Mając prawie 32 lata patrzę z perspektywy na to czego nauczyła mnie do tej pory szkoła i życie. Nasuwa mi się jeden, prosty wniosek – szkoła nauczyła mnie wielu bardziej lub mniej przydatnych rzeczy, jednak nie przygotowała mnie na wyzwania życiowe. Choć niektórzy mogą teraz powiedzieć, że życia to powinni uczyć rodzice lub człowiek sam się powinien go uczyć na bieżąco na własnych sukcesach i błędach, to ja z kolei jestem zdania, że to oprócz rodziców i samodzielnego doświadczenia, szkoła w znacznym stopniu powinna nas do niego przygotowywać. W końcu spędzamy tam kawał życia. Ja w różnych szkołach spędziłam w sumie 20 lat, ale jak miałabym z tego czasu wycisnąć esencję to wyszłoby pewnie 4 lata. Cztery lata ze wspaniałymi nauczycielami (których mogę policzyć na palcach u jednej ręki), z ciekawymi zajęciami, innowacyjnymi metodami nauczania. Zastanawiam się co ja bym proponowała dzieciom, gdybym miała możliwość decydować o programie nauczania. Czego chciałabym, aby uczyło się moje dziecko, w jaki sposób chciałabym, aby ta wiedza była przekazywana i co traktowałabym za edukację rzeczywiście podstawową. 

Bo jeżeli dziś człowiek po studiach nie potrafi napisać CV (miałam kilka takich przypadków), nie zna dobrze ani jednego języka oprócz swojego ojczystego, przeczyta jedną książkę raz na rok, bezkrytycznie wierzy we wszystko co ma serwowane w mediach, powie „nie wiem” zamiast szybko wyszukać potrzebną informację… to jak on sobie nieborak ma w życiu poradzić i bezpiecznie dotrwać do końca? Jak ma nie wpaść w depresję, uzależnienia, choroby psychosomatyczne czy poczucie beznadziei i niesprawiedliwości jeżeli nikt go nie przygotował do tego na czym polega prawdziwe życie? Uczymy dzieci budowy komórek, nazwy rzek, tabliczki mnożenia, jednak nie uczymy ich tych najbardziej podstawowych rzeczy, mających moim zdaniem obecnie o wiele większe znaczenie niż konkretna, specjalistyczne wiedza. Te podstawowe życiowe zagadnienia, o których zaraz napiszę powinny tworzyć coś w rodzaju ramy, formy, w którą byłaby dopiero wpisywana wiedza. Aby ją jednak szybko i na trwałe „wpisać” należałoby również zastosować szereg nowych narzędzi i metod. Współpraca nauczycieli z rodzicami miałaby tu niebagatelne znaczenie.

Amerykański informatyk, naukowiec, pisarz, futurolog,  Ray Kurzweil uważa, że za ok. 25-30 lat (ile lat będą mieć wtedy Twoje dzieci?) stworzymy już maszyny tak inteligentne, że dalszy rozwój i postęp będzie już niezależny od ludzi (sic!). Maszyny pociągną wszystko dalej (hmm, ciekawe w jakim kierunku?) w błyskawicznym tempie. Brzmi trochę przerażająco, ale wystarczy popatrzyć na obecny rozwój technologiczny i jego zawrotne tempo. Czy nasze dzieci będą przygotowane na taki szok? Era maszyn naprawdę się nieuchronnie zbliża – no chyba, że naszą Ziemię dosięgnie wielki obłok plazmy ze Słońca lub promieniowanie gamma z supernowej i cofnie nas do epoki kamienia łupanego. :)

Aby młody człowiek odnalazł się w coraz to dynamiczniej zmieniającej się rzeczywistości powinien być nie tyle przepełniony wiedzą, ile potrafić szybko wyszukiwać potrzebne informacje, krytycznie analizować docierające do niego komunikaty, sprawnie reagować na zmieniające się warunki – szybko uczyć się nowych rzeczy, przekwalifikowywać się, mieć twórcze podejście i być bardziej samodzielnym w podejmowaniu różnych decyzji (finansowych, zdrowotnych). Ten ostatni aspekt jest szczególnie ważny, bo w erze daj Boże nieomylnych maszyn, o ile w aspektach mało istotnych można będzie im zaufać, o tyle w kwestiach zdrowia, życia raczej lepiej traktować „ich” jako doradców. Człowiek kończący edukację szkolną powinien mieć też zarysowane poczucie celu i sensu życia, rozbudzoną empatię  oraz powinien lepiej rozumieć swoje role w społeczeństwie (jako pracownika, pracodawcy, męża, syna, ojca itp.)  jakkolwiek naiwnie by teraz to brzmiało.

Z 3-letnich obserwacji mojej pierworodnej, która w wieku 2 lat znała alfabet, cyferki, kolory i kilka przydatnych angielskich słówek, a obecnie czyta pierwsze proste słowa, zna wiele wierszyków i piosenek, mogę powiedzieć, że nic by jej do głowy nie weszło bez wcześniejszego wzbudzenia ciekawości, traktowania nauki jako zabawy oraz  poczucia, że ma moją uwagę.  A umiejętności te zdobyła bez większego wysiłku z mojej czy z jej strony – przy okazji bycia razem i wspólnych zabaw. Te trzy rzeczy motywowały ją do robienia zaproponowanych przeze mnie aktywności.

W większości szkół jednak klasy są przepełnione, uwaga nauczyciela mocno rozproszona, przez co niełatwo zauważyć indywidualne predyspozycje ucznia, jego sposób najlepszego zdobywania wiedzy – jedni bowiem lepiej przyswajają wiedzę słuchając, inni patrząc, a jeszcze innym potrzebne są realne przykłady. Trudno w takich warunkach o wzbudzenie u wszystkich należytej ciekawości programem nauczania, nie mówiąc już o metodyce zabawowej.

Dzięki dalszym obserwacjom córeczki, jej rozwoju i szybkiego chłonięcia nowych informacji zdałam sobie sprawę z tego, że cały materiał z obecnej podstawówki spokojnie opanowałaby znacznie szybciej niż to ustawa przewiduje. Z jakiegoś jednak powodu ten czas w szkole jest wydłużany. Dzieci traktuje się z góry jako tabule-rasę, a nauczyciele przykładają do wychowanków własną miarę – „Mnie zajęło tyle lat, żeby wiedzieć to co teraz, to Wy musicie być w niezłej dziurze obecnie.” Jak wiemy, kłamstwo (choć w tym przypadku niewinne i nieświadome)  powtarzane przez lata staje się prawdą i tak to szkoła przez lata cierpliwie i skutecznie wbija w głowy swoich uczniów sugestię: „Przychodzisz tu, nic nie wiesz, my Cię nauczymy, nasza metoda jest jedyną skuteczną, nasz system sprawdzony przez lata; jeżeli coś ci nie pasuje, nie chcesz się dostosować – to problem leży w Tobie, a nie w systemie.

Jestem zdania, że dziecko jest w stanie o wiele szybciej opanować przewidzianą na kilka lat edukacji podstawę programową, a oprócz tego powinno zostać wyposażone w dodatkową wiedzę, która pozwoli mu na znacznie lepsze spojrzenie na świat, uniknięcie wielu zbędnych i błahych błędów oraz podjęcie trafniejszych decyzji na różnych etapach życia. Tempo życia, zmian technologicznych, społecznych w dzisiejszym świecie jest coraz bardziej zawrotne. Różnorodne innowacje pojawiają się w tempie wykładniczym. Aby nie zwariować w tej kalejdoskopowej rzeczywistości, potrzebujemy znacznie innego podejścia do edukacji. Obecny model bowiem może i służył społeczeństwu w spokojniejszych czasach, kiedy dostęp do informacji był mocno ograniczony, kiedy to tytuł magistra był czymś prestiżowym, kiedy człowiek specjalizował się w jednej rzeczy, zdobywał pracę w firmie, w której pozostawał zatrudniony do emerytury. Obecnie każdy może dostać się do jakichkolwiek informacji, nie musząc przesiadywać w bibliotece, może mieć o wiele lepszą wiedzę niż niejeden magister, może pracować z z każdego miejsca na świecie w kilku firmach naraz, może, a wręcz coraz częściej musi się przekwalifikować.

Jakby zatem wyglądał program nauczania w mojej wizji?

Absolutną podstawą byłoby nabycie umiejętności szybkiego czytania, liczenia i zapamiętywania. Jeżeli kilkuletnie dzieci po kilku-miesięcznych kursach potrafią przeczytać 400 stron na minutę i większość zapamiętać to naprawdę nie jest to chyba jakiś wyczyn. Nie doceniamy zdolności naszego mózgu, a one są przeogromne. Szybkie czytanie i zapamiętywanie pozwoliłoby przerabiać codziennie po kilka książek z różnych dziedzin. Aż nie sposób sobie wyobrazić jak bardzo przyśpieszyłoby to cały program. Codziennie uczniowie czytaliby po 1 książce na każdej lekcji przez 15 minut, a 30 minut poświęcaliby na dyskusje o zadanej problematyce, krytyczną analizę, czy wyjaśnianie nieznanych wcześniej pojęć. Zadań domowych by nie było, w ogóle jak dla mnie zadanie domowe to porażka nauczyciela/systemu. Czytanie oczywiście na tabletach, bo kto by codziennie dźwigał po 5 książek do szkoły? Potrafiąc szybko czytać i zapamiętywać myślę, że uczniowie powinni spokojnie opanować 4-5 języków obcych, co zwiększałoby automatycznie zasób wiedzy i materiałów możliwych do przyswojenia na rzecz innych zajęć.

Poszczególne przedmioty w szkołach współgrałyby za sobą pod kątem zadanej problematyki oczywiście odpowiednio dostosowując ich złożoność do wieku. Np. gdy uczniowie na języku polskim czytają Boską Komedię Dantego, to na zajęciach z historii oglądaliby dobry film o średniowiecznych Włochach (np. Imię Róży), na sztuce przygotowywaliby trójwymiarowy model krzywej wierzy z Pizy, a na muzyce słuchali chorału gregoriańskiego – najlepiej w jakimś klasztorze.  Podczas zajęć z biologi rozpracowywana by była klasyfikacja roślin w średniowiecznych ogrodach klasztornych (najciekawsza byłaby wycieczka do takiego miejsca i sporządzenie zielnika), a na geografii przyczyny i skutki Małej Epoki Lodowcowej (lub wycieczka nawet wirtualna do Pizy?). Podczas zajęć z fizyki można by było zająć się dziełem Kopernika „De revolutionibus orbium coelestium„, a na chemii spróbować powtórzyć eksperymenty średniowiecznych alchemików próbujących zamienić ołów i rtęć w złoto. Od początku w szkołach wprowadziłabym filozofię, która scalałaby całą problematykę u ukazywała sposoby myślenia bardziej i mniej znanych mędrców, z którymi uczniowie mogliby do woli polemizować. Podczas filozofii zagłębiane by były tajniki sensu i celu życia, postrzegania szczęścia i innych równie ważnych zagadnień pomocnych na każdym etapie życia.

Książki, filmy, utwory muzyczne, malarstwo, biografie sławnych ludzi, mapy, wycieczki, eksperymenty laboratoryjne, a nawet gry komputerowe – byłyby podstawowymi narzędziami do nauki.  Każdy z uczniów mógłby się nie zgadzać z poglądami autorytetów, mógłby to odpowiednio argumentować. Nie byłoby jednej interpretacji wiersza, czy jednej poprawnej odpowiedzi jak to obecnie mamy w systemie testowym. Debaty oksfordzkie, gry a’la „Jeden z dziesięciu”, czy zespołowe rozwiązywanie zadanej problematyki byłyby na porządku dziennym. Zawsze też by była szansa tzw. 1 minuty, czyli jak nie wiesz, to masz ten czas na wyszukiwanie informacji.  Żadnych testów, odpytywań pod tablicą, niezdrowej rywalizacji. Nauczyciel miałby prawo się mylić i przyznawać rację dociekliwemu uczniowi. Panowałby system wzajemnych feedbacków uczeń-nauczyciel, jak również nastawienie na indywidualne predyspozycje wychowanków dzięki mentorskiemu podejściu. Oczywiście grupy musiałyby być odpowiednio mniejsze niż obecnie. Idąc za przykładem Jezusa, który poradził sobie z 12 apostołami, to myślę, że również 12 osób w grupie byłoby optymalne. :))

Z kolei inteligencja finansowa oraz przedsiębiorczość to kolejny przedmiot, który byłyby obowiązkowy w mojej wymarzonej szkole. W ramach tych zajęć analizowane by były różne przedsięwzięcia biznesowe, poznawane sylwetki przedsiębiorców, tworzone własne mikro-projekty w ramach szkolnego inkubatora przedsiębiorczości.

Elementy psychologii i skuteczna komunikacja to kolejny z przedmiotów, który pozwalałby na zrozumienie zachowań drugiego człowieka oraz poznania tajników ról na przestrzeni lat jako syna, córki, męża, żony, matki, ojca i innych.  Wystąpienia publiczne i kontrola emocji, odpowiednie operowanie językiem, rozumienie podprogowych przekazów, umiejętność skutecznej komunikacji  – słuchania i wypowiadania swoich myśli w zrozumiały i efektywny sposób to tylko kilka przykładowych zagadnień mieszczących się w ramach tego przedmiotu.

Zdrowie i pierwsza pomoc – tak zatytułowałabym kolejny przedmiot, w ramach którego uczniowie zdobywaliby wiedzę nie tylko z zakresu anatomii i fizjologii swojego ciała, ale również uczyli się o jednostkach chorobowych, sposobach  ich rozpoznawania, pierwszej pomocy oraz prewencji chorób – czyli szerokie zagadnienie z zakresu dbania o swój układ odpornościowy. Dietetyka i cały wachlarz naturalnych terapii byłyby dostępne w ramach tych zajęć. Na zajęciach z biologii byłby poznawany głównie świat roślin i zwierząt.

W szkole byłby też przedmiot o nazwie cyfrowa inteligencja nastawiony na poznanie programów komputerowych, różnych języków programowania, czy tworzenie grafik. Dodatkowo w ramach tego przedmiotu doskonalone by były techniki szybkiego pisania na klawiaturze, czy też innych zaawansowanych metod komunikacji człowiek-maszyna (mowa,gesty, myśl?). Tutaj też uczniowie zdobywaliby niezbędne umiejętności analizy i przetwarzania danych korzystając z matematycznych modeli.

Ostatni przedmiot, który zwieńczałby mój pomysł na idealną szkołę miałby nazwę: samoobrona i gry zespołowe - komentarz zbędny. :)

Podsumowując, chętnie puściłabym córkę do takiej szkoły. Wiedziałabym, że zdobędzie tam niezbędną wiedzę i narzędzia do tego, aby prowadzić szczęśliwe życie i móc się odnaleźć w każdej sytuacji. Brzmi może teraz utopijnie, ale jakże realnie będzie to wyglądać już za 10 lat. Szkoda, że takich szkół obecnie nie ma, bo już teraz dzieci powinny tak właśnie się uczyć. W obliczu zbliżającej się coraz szybciej nowej, elektronicznej rzeczywistości wszelkie informacje będą dostępne na wyciągnięcie ręki, czy rzut oka (inteligentne soczewki kontaktowe pokazujące nam w czasie rzeczywistym pożądane treści, czy mikro słuchawka  w uchu tłumacząca nam symultanicznie co mówi do nas osoba z Chin), zatem to na co obecnie kładzie się nacisk w szkołach (zapamiętywanie) przestanie być wkrótce potrzebne. W tym skostniałym systemie edukacji, uczniowie mogą być powoli zdemotywowani potrzebą zapamiętywania, uczenia się kolejnych już zbędnych dla nich rzeczy skoro to wszytko w sekundę będzie można mieć przed oczami. Dlatego potrzebna jest natychmiastowa i gruntowna reforma programów szkolnych, tak aby już teraz przygotować tych najmłodszych na nowy, tak inny od naszego świat. Do tego potrzebni by byli nauczyciele – liderzy, mentorzy jak również mądrzy politycy (jeżeli reforma systemu miałaby być wprowadzona powszechnie) lub wizjonerscy biznesmeni (tworzący prywatne ośrodki).

U nas w Polsce debata toczy się o 6-latki – czy powinny rozpoczynać edukacje w takim wieku czy nie? Szkoda, że jeszcze tak daleko jeszcze  jesteśmy w lesie… . Bo nie o to powinni się spierać politycy, rodzice i przedstawiciele szkół, ale o gruntowną reformę w zakresie programów nauczania.  Ja w wieku 6 lat chodziłam do zerówki mieszczącej się w szkole podstawowej. Sama wychodziłam z domu, szłam na przystanek autobusowy (600 metrów od domu), wsiadałam do autobusu (nazywaliśmy go „szkolniak”), który był zawsze konkretnie przepełniony. Nigdy nie było wiadomo czy się wsiądzie, ale pchaliśmy się jeden na drugiego i jakoś się mieściliśmy. Przy wysiadaniu, stojący najbliżej drzwi musieli uważać, żeby nie wypaść. :) W szkole siedziałam w ławce z czego byłam bardzo dumna. Część zajęć było jak w klasie, a część na dywaniku, na którym się bawiliśmy i oglądaliśmy „Domowe przedszkole” (zawsze ktoś z nas musiał trzymać antenę, żeby „łapać” obraz). Bardzo dobrze wspominam ten czas i przyznam, że bardzo się dziwię rodzicom, którzy wokół tego tematu zbudowali tak wielki problem.

Można by też było założyć, że jeżeli rzeczywiście dalszy postęp na naszym świecie za 30 lat będzie już w rękach inteligentnych maszyn, to po co w ogóle się uczyć, wystarczy opanować kilka narzędzi, umiejętność szybkiego wyszukiwania informacji, a resztę zrobią roboty. Nie zapominajmy jednak, że czujność i pokora powinny towarzyszyć temu zjawisku. Nigdy bowiem nie wiadomo kto będzie w konsekwencji na czyich usługach lub czy któregoś dnia nie dopadnie naszej Ziemi promieniowanie z supernowy czy plazma ze słońca. :) Warto więc zdobywać przydatną, życiową wiedzę.